Razem w zdrowiu i w chorobie

Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Co roku ponad 10 tysięcy Polek wykrywa w piersi zmiany i słyszy okrutną diagnozę - rak. Potem czeka je operacja i trudna droga powrotu do zdrowia. Lekarze mówią, że 50 proc. szans na wyleczenie zależy od nastawienia psychicznego chorej. Dlatego tak ważne jest, żeby w tej drodze towarzyszył ktoś bliski. Jakże ważne jest jego wsparcie, kiedy traci się pierś - symbol kobiecości. Choroba zawsze coś zmienia w związku, często otwiera oczy na świat wartości dotąd niedostrzeganych.
Elżbieta Kozik
Fot. Wojciech Surdziel / AG
Elżbieta Kozik
ZOBACZ TAKŻE
Nowotwór uratował nasz związek

Hanna i Janusz Sienkiewiczowie - małżeństwo od 30 lat, mają dorosłą córkę i syna

Ona: Raka piersi stwierdzono u mnie jesienią 1999 r. To był w naszym małżeństwie kiepski okres. Właściwie myśleliśmy o rozstaniu. Od dawna mąż był nieobecny w moim życiu.

On: To prawda. Od wielu lat przeżywałem depresję. Nic tak naprawdę do mnie nie docierało, nie interesowało mnie. Moja depresja wzięła się właściwie nie wiadomo skąd. Miałem przecież pracę (prowadziłem warsztat samochodowy), rodzinę, a żyłem obok. Odcięty od uczuć i emocji.

Ona: Dlatego na profilaktyczną mammografię poszłam z synem. I to on pierwszy usłyszał ode mnie, że mam guza i trzeba wykonać dodatkowe badania. Potem powiedziałam Januszowi, jednak nie liczyłam na jego pomoc. Przez ostatnie lata nauczyłam się, że muszę polegać tylko na sobie.

On: Poszedłem z żoną do Centrum Onkologii w Warszawie, ale nie potrafiłem tak naprawdę być z nią. Byłem osłupiały i bezsilny.

Ona: Kiedy dowiedziałam się, że mam raka, był to dla mnie szok. Pytałam doktor Nagadowską: "Może lepiej uciąć dwie piersi od razu żeby zmniejszyć możliwość przerzutu?". Nie zastanawiałam się nad utratą kobiecości. Nie ma cudów, skoja-rzenie jest jedno. Może za miesiąc, za rok umrę... Wiedziałam też, że ta śmierć nie jest lekka. Moja mama umarła na nowotwór. Zaczęło się od piersi, potem były przerzuty. Widziałam jej cierpienie i bałam się. Miałam obsesję na punkcie raka, dlatego przebadałam się genetycznie w 2001 r. i uspokoiłam wynikiem. Żaden z moich genów nie był zmutowany, co znaczyło, że nie miałam genetycznego podłoża dla rozwoju raka. Ale okazało się, że zawiodły hormony.

On: W końcu Hania zdecydowała się na operację oszczędzającą (wycina się tylko część piersi) - przekonał żonę do niej jej wuj, onkolog.

Ona: Nie miałam czasu się bać. Zwolnił się termin i w ekspresowym tempie znalazłam się na stole operacyjnym. Cały czas była przy mnie córka. Janusz też przychodził, ale wtedy jeszcze nie było między nami prawdziwej bliskości.

On: Cierpienia, które tam zobaczyłem, przerażały mnie. Na sali z żoną leżała młoda dziewczyna, miała kolejną operację. W każdej chwili mogła umrzeć. Wtedy coś we mnie zaczęło się przełamywać, coś zaczęło docierać... Żona wyszła ze szpitala z woreczkiem, do którego po wycięciu węzłów chłonnych spływa rurką płyn. Po kilku dniach rurka się zatkała i zaczął się stan zapalny. Hania strasznie cierpiała. Bardzo chciałem jej pomóc. Czułem się bezradny i nie umiałem jej po prostu przytulić.

Ona: Najbardziej nie znosiłam naświetlań, które nastąpiły niedługo po operacji. Są konieczne w przypadku operacji oszczędzającej.

On: Tłumaczyłem jej: "Czego się boisz? To tylko chwila"

Ona: Nigdy tego nie zapomnę. Kładę się na stole, najeżdża na mnie cała ta maszyneria, a ja mam wrażenie, jakbym

za chwilę miała umrzeć.

On: Pamiętam, że kiedyś dali jej za słabe znieczulenie. Widziałem, jak cierpi, i wstydziłem się. Czułem się winny, przecież pewnie i przeze mnie jest chora... Przez te wszystkie stresy, na które przez lata ją narażałem. Wtedy podjąłem decyzję - muszę coś ze sobą zrobić. Najtrudniejsze było przyznać się, że jestem chory.

Ona: Dla mnie to też był problem, bo przecież jeśli mąż ma depresję, to może z mojego powodu... W końcu oboje zdecydowaliśmy się na terapię.

On: Kiedy byłem w depresji, bałem się wszystkiego. Potem, w trakcie leczenia, starałem się sobie wytłumaczyć, że skoro nie mam na coś wpływu, to nie muszę się tym martwić. Teraz, gdy mam problem, nie "zamiatam go pod dywan", tylko od razu rozwiązuję. Zmieniło się moje życie i stosunek do ludzi. Zmieniłem pracę. Dziś razem prowadzimy agencję nieruchomości i jest nam z tym bardzo dobrze. Z chorobą Hanki też się pogodziłem. Wiem, że z rakiem można żyć bardzo długo. Przeczytałem na ten temat mnóstwo książek. Wiem, jakie są zagrożenia, jakie objawy. To niewiedza mnie paraliżowała.

Ona: Jak spojrzę wstecz, to widzę, że rak uratował nasze małżeństwo - trudno w to uwierzyć, ale to prawda. Myślę nawet, że warto było przeżyć tę operację, żeby było tak jak dzisiaj. Bez mojej choroby na pewno nie udałoby się nam.

On: Czuję się taki szczęśliwy. Jestem innym człowiekiem.

Ona: A ja dopiero wiem, że żyję. Chodzę na basen, na tańce. Mam czas dla siebie. Przed chorobą życie w ogóle mnie nie cieszyło. Ciągle musiałam dla kogoś się poświęcać, z czegoś rezygnować, gdzieś biec. Byłam bardzo samotna, choć w związku. Kiedyś, już po operacji, pomyślałam: "Hanka, dosyć takiego życia, musisz iść na terapię, inaczej nie wytrzymasz! Musisz coś zmienić też w sobie nie wystarczy, że Janusz chodzi na terapię. Te-raz Ty musisz zacząć walczyć o siebie". Na zewnątrz prezentowaliśmy się jak świetne małżeństwo. Dlatego niektórzy uważali, że czepiam się męża: "To taki ciepły, dobry facet". Dopiero nowotwór mi uświadomił, że nie mam już czasu, muszę szukać pomocy.

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.