Kochałam naprawdę tylko raz, byłam wierna naprawdę jednemu mężczyźnie, tyle że on był okropnie zazdrosny (...) - cytuje gwiazdę Witold Filler w swojej książce "Tygrysica z Magdalenki". A potem dodaje: "Miała dwóch mężów, lecz kochała tylko jednego. I nie był to mąż". (...)
Minie niemal pół wieku, kiedy usiądziemy z nim nad kawą przy placu Zbawiciela w
Warszawie. Wiosną 2011 roku. Janusz Ekiert o niektórych sprawach opowie otwarcie, inne będzie chciał przemilczeć. Wyjdzie z tego obraz kobiety, która umiała szaleńczo kochać, ale nie wiedziała, jak tę miłość zatrzymać. Tak bardzo była skupiona na sobie i swojej karierze, chcąc całemu światu udowodnić, że jest jedyna, niepowtarzalna. Po prostu - Violetta Villas.
W MORZU NIEPRAWDY - Myślę, że jednym z powodów jej powrotu do Polski (z Las Vegas) nie była chora na raka matka, lecz ja - opowiada Ekiert. - Najpierw pisała do mnie te wściekłe listy, że ją zdradzam, a potem przyjechała to sprawdzić. Gdy wróciła, to się nie kontaktowaliśmy. Ale po pewnym czasie zatelefonowała, że chciałaby się ze mną zobaczyć. (...) I tak jakoś to się z powrotem splotło. Na kilka miesięcy. Ona fascynowała nie tylko mnie, ale wszystkich. Kto na nią spojrzał, stawał jak wryty. Świetnie pokazał to Jerzy Gruza w filmie "Dzięcioł". (...)
O czym będzie chciał pomilczeć Ekiert, o tym szczerze powie Jerzy Gruza: - Wyglądała rewelacyjnie, zupełnie inny człowiek. Włosy, cycki, dupa, noga. Cała była zrobiona. Mówiła do mnie: "Zobacz (biorąc się za pierś) - jest cycowo? Jest? No jest!". A wcześniej miała
naleśniki. Poczuła się po tej zmianie lepiej, pewniej. I to było bardzo ludzkie. Mentalnie też się zmieniła. Miała gest, mówiła z obcym akcentem. Amerykanka przyjechała.
Ale wróćmy do Janusza Ekierta: - Zaczęła sztucznie i intensywnie zmieniać swoją postać. Włosy - najpierw naturalne, gęste, potem, na scenie, już doczepiane, żeby były dłuższe i jeszcze gęściejsze. Doklejała sobie coraz dłuższe rzęsy, chociaż naturalne miała równie piękne. Poza tym w pewnym momencie utonąłem w morzu nieprawdy, którym się otaczała, i nie wiedziałem już, co jest prawdą, a co wykwitem jej wyobraźni. Po prostu bardzo dużo zmyślała. (...)
- W Ameryce przyzwyczaiła się do nocnego życia. W związku z tym nad ranem się kładła i spała do południa. Żeby zrobić się na bóstwo, potrzebowała kilku godzin. I nie miała czasu ani zjeść, ani cokolwiek ugotować. Zajmowała się wyłącznie sobą. Przed lustrem. Puder, szminka, włosy. (...) Poza tym pojawiła się u niej jakaś nadmierna nerwowość, przeczulenie czy przewrażliwienie.
- Była o pana zazdrosna?
- Na to wygląda. Wymyślała sobie jakieś sytuacje. Na przykład, że uwodzę koleżanki jej syna. To absurd! Bez przerwy śpiewała: "nie ma miłości bez zazdrości". (...) Największą ofiarą jej wyobraźni była ona sama.
PRZYPODOBAĆ SIĘ BOGU - Czy w Magdalence Violetta rzeczywiście miała podgrzewany basen i kaplicę?
- Basen to chyba plastikowy w ogrodzie, ale kaplicę miała. Wyrzucała z piwniczki węgiel, żeby ją tam urządzić. Po powrocie stała się strasznie bigoteryjna. Leżała krzyżem, klęczała na kamieniach, gwoździach. Umartwiała się. Chciała, nie wiedzieć czemu, przypodobać się Bogu.
- Z czego się to brało?
- Z samotności. Przeżyła bardzo dużo rozczarowań. Przykrość sprawiały jej krytyka, wyśmiewanie, być może szukała potwierdzenia w niebie, że jest zjawiskiem. Zawsze twierdziła, że gorąco wierzy w Boga i modliła się, choć do kościoła nie chodziła.
OBŁĘDNIE KOCHAŁA SIEBIE - Czy wróciła z Las Vegas rzeczywiście bardzo bogata?
- Wydaje mi się, że to było raczej rozdmuchane. Za resztki zarobionej fortuny kupiła dom w Magdalence, białego mercedesa (...), a potem nie miała za co żyć. Chciała tę fortunę w
USA powiększyć i jakiś cwaniak,
makler giełdowy, namówił ją na granie na giełdzie. Na pewno taki fakt zaistniał, bo strasznie się chciała dorobić i wrócić milionerką. Ale bardzo dużo straciła. Z utrzymaniem domu było związanych wiele wydatków. Trochę koncertowała, ale kłopoty były, bo miała już około pięćdziesięciu psów. W dodatku trzymała je w kojcach - żeby jej nie niszczyły zagonów czy grządek - i nie wypuszczała. Gotowała im jedzenie. Nie umiała ugotować obiadu, ale psom gotowała w nocy. I w nocy je karmiła.
- A jaka była w tamtych latach Violetta artystka?
- Zawsze była w pewnym sensie sobą: dziewczyną, która żyła w swojej wyobraźni, jak w bajce, i widziała siebie jako królewnę. A gdy zderzała się z rzeczywistością, następowały zgrzyty. Bo ona tę bajkę chciała przenieść w rzeczywistość i sprzedawać ją ludziom. Na przykład przerysowania z Las Vegas próbowała wtłoczyć do szarego PRL-u. Wydawało jej się, że Amerykanie są dyktatorami wszelkich mód i że należy to powtarzać. Żadnych rad nie słuchała. Widziała w sobie wielką artystkę. Komponowała
piosenki, pisała teksty, śpiewała, ubierała się. Wszystko robiła sama. Obłędnie kochała przede wszystkim siebie. A tymczasem dobre piosenki pisali dla niej inni. (...)
- A jej kontakty z synem - były dobre czy takie sobie?