Nasz kochany zwierzyniec

Ewa Ziółkowska
A A A Drukuj
Chiny japońskie, (na kolanach u Joanny) mają charakter po trosze psi, koci i ludzki. To one dowodzą domową psiarnią. Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta Chiny japońskie, (na kolanach u Joanny) mają charakter po trosze psi, koci i ludzki. To one dowodzą domową psiarnią.
Miało być tak: kanarek, chomik, jeden pies lub kot. Ale zwierzaki bezbłędnie trafiają na tych, którzy w obliczu psiego, kociego czy żółwiego nieszczęścia zapominają o argumentach na "nie" i powiększają domowy zwierzyniec.
Szuwar, rudy gryfonik brukselski od razu pokochał Kasjusza (grzywacz chiński). Początkowo bez wzajemności, potem się zaprzyjaźnili.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Szuwar, rudy gryfonik brukselski od razu pokochał Kasjusza (grzywacz chiński). Początkowo bez wzajemności, potem się zaprzyjaźnili.
Papuga Ginger sąsiaduje z szynszylą Tulio. ramieniu)podobna do miniaturowego hipopotama (na fot. w ręczniku po kąpieli).
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Papuga Ginger sąsiaduje z szynszylą Tulio. ramieniu)podobna do miniaturowego hipopotama (na fot. w ręczniku po kąpieli).
Obok mieszka koszatniczka Benio.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Obok mieszka koszatniczka Benio.
A piętro niżej czarna świnka morska Hipolit, podobna do miniaturowego hipopotama.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
A piętro niżej czarna świnka morska Hipolit, podobna do miniaturowego hipopotama.
Na kolanach Justyny Lubka, obok Krecik, spod stołu wygląda Jantar. Na stole wyciągnął się Sofran. Reszta kociarni odmówiła pozowania.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Na kolanach Justyny Lubka, obok Krecik, spod stołu wygląda Jantar. Na stole wyciągnął się Sofran. Reszta kociarni odmówiła pozowania.
Szczeniaki Lubki - Jeden psi malec to sama słodycz, ale szóstka to już huragan - mówi Justyna.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Szczeniaki Lubki - Jeden psi malec to sama słodycz, ale szóstka to już huragan - mówi Justyna.
Od lewej: Paulina z Pumą, Małgosia z Leosiem, Piotr z Keksem, Coco i Staśkiem.
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Od lewej: Paulina z Pumą, Małgosia z Leosiem, Piotr z Keksem, Coco i Staśkiem.
W tym towarzystwie nikt nie wybrzydza
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
W tym towarzystwie nikt nie wybrzydza "przy stole". Może się bowiem zdarzyć, że ten, kto opróżni własną miskę, postanowi wziąć sobie dokładkę od sąsiada.
ZOBACZ TAKŻE


Nie umiem policzyć wszystkich pupilów

Joanna Zarzyńska z Piaseczna ma 6 psów, papugę, jeża, świnkę morską, ślimaka, 4 szczury i pokaźne stadko ich gryzoniowatych krewnych, a myszek kolczastych i rybek - przyznaje - policzyć nie potrafi.

Joanna twierdzi, że najważniejsza jest technika i dyscyplina. Dzięki temu wyjście na spacer nawet z szóstką psów nie jest problemem. W niewielkim przedpokoju bywa trochę ciasno, ale jeśli nikt się nie pcha i wszyscy spokojnie czekają na swoją kolej, przygotowania do wyjścia przebiegają całkiem sprawnie. Maszerują też w szyku: z przodu dwa chiny japońskie Ceasare i Shogun, w środku grzywacz chiński Kasjusz w parze z gryfonikiem brukselskim Szuwarem. Lwi piesek, Poker, zwany w domu Kopciuszkiem, idzie na końcu. A cotton de Tulear, Sorel (lepiej znany jako Serdel lub Parówka) biega bez smyczy, bo jest najbardziej zdyscyplinowany z całego towarzystwa i grzecznie chodzi przy nodze. Pozostałe zwierzaki szczęśliwie nie wymagają wyprowadzania na spacer, ale dobra organizacja, choćby przy karmieniu, też się przydaje. Joanna mówi, że jeśli naprawdę się spieszy, potrafi nakarmić całą menażerię w 15 minut, choć normalnie, z dopieszczaniem każdego zwierzaka z osobna, procedura zajmuje przynajmniej godzinę. Bo szczury tylko czekają, żeby otworzyć im drzwiczki, koszatniczka, chomik i szynszyla lubią pospacerować po półce, na której stoją ich klatki, a myszoskoczek chętnie włazi do rękawa. Na szczęście Choko, pigmejski jeż afrykański budzi się dopiero wieczorem, stadku myszy kolczastych wystarcza własne towarzystwo, a przypominająca minihipopotama świnka morska, Hipolit, ma spokojny charakter i ożywia się głównie w kąpieli. Ślimak afrykański, z racji tempa posilania się zwany Szybcikiem, o tej porze roku w ogóle nie wymaga opieki, bo śpi i do wiosny nie wystawi nawet nosa spod warstwy ściółki. A papuga nimfa Ginger, póki mieszka klatka w klatkę z szynszylą, też jest z życia zupełnie zadowolona i jako papuga obronna ogranicza się do pilnowania domu.

Ginger jest lepszym stróżem niż psy - opowiada Joanna. - One są przyjacielsko nastawione do całego świata, ale Ginger potrafi być agresywna. Domowników rozpoznaje po krokach, ale niech no pod drzwiami stanie ktoś obcy, podnosi taki rwetes, że słychać ją chyba na parterze. Nie możemy też wypuszczać jej z klatki, kiedy są goście, bo nigdy nie wiadomo, kto i dlaczego nie przypadnie jej do gustu, a wtedy bywa papugą bojową.

Joanna odkąd pamięta, chciała mieć dużo zwierzaków, ale rzeczywistość nieco przerosła jej marzenia. W dzieciństwie miała psa, chomika, kanarka. Uwielbiała chodzić na wystawy psów, uczestniczyła w nich, wystawiając cudze, aż wreszcie postanowiła mieć własnego psa, z którym mogłaby jeździć na wystawy. Trochę przypadkiem została właścicielką psa rasy chin japoński. Psy tej rasy to połączenie psa, kota i człowieka. Są przyjacielskie, ale niezależne, łatwo się uczą i choć rozsadza je energia, nie sprawiają kłopotów. Joanna, oczywiście, nie planowała sześciu psów, ale

Wszystkie nasze zwierzaki są trochę z przypadku - śmieje się. - Cesara kupiliśmy z zagranicznej hodowli. Odebrał go ktoś, kto nie zna się na psach i nie zauważył, że Cesar nie odpowiada wzorcowi rasy. Właścicielka hodowli zaproponowała, żebyśmy zwrócili psa, ale myśmy go już pokochali. Cesar został z nami i jest najbardziej rozpieszczonym stworzeniem domu. Tulia z kolei musieliśmy wziąć, bo kiedy odeszła poprzednia szynszyla, papuga Ginger, mieszkająca w klatce obok, dostała depresji. Siedziała osowiała, nie chciała jeść. Tęskniła. Co było robić?

Pozostałe zwierzaki też się jakoś przyklejają. A to ktoś przyniesie, bo uczulony, a to urodziło się dziecko... A już wyjście do sklepu zoologicznego jest u Zarzyńskich czynnością wysokiego ryzyka.

Część naszych zwierząt to takie bidy, których nikt nie chce. Mysz kolczasta urodziła się bez ogonka, więc nikt jej nie kupił. Szczura ktoś podrzucił do hurtowni, gdy mąż kupował karmę dla rybek. Myszki są z SGGW, gdzie pracuję, (nie chciałam ich zostawiać na święta). Szczurom laboratoryjnym zawsze staram się znaleźć jakiś dom. W zeszłym roku się nie udało, więc trafiły do nas. Są oswojone, jak wszystkie nasze zwierzaki. Terra i Kofi (szczury dumbo, wystarczy spojrzeć na ich uszy, żeby zrozumieć, skąd ta nazwa) najlepiej dogadują się z Laurą. Często "pomieszkują" u niej w pokoju i tylko na noc wędrują do klatki.

O swoich zwierzakach Joanna, Paweł i Laura mogliby opowiadać godzinami. Aż trudno uwierzyć, że na 68 metrach kwadratowych ich mieszkania swobodnie mieści się taka menażeria, a i dla ludzi zostaje całkiem sporo miejsca. - Od wiosny, kiedy wszystkie się ożywiają i mają więcej energii, sprawę ratuje 80-metrowy taras - śmieje się Joanna. - Psy kładą się wtedy na trawie i pilnują, a sąsiedzi z wyższych pięter zaglądają z góry i nie mogą się nadziwić, że całe towarzystwo żyje w takiej przyjaźni. A, zapomniałam powiedzieć, że mamy jeszcze konia, Miśkę. Ale ona, niestety, nie może mieszkać w domu...

Rozstania są dla mnie najtrudniejsze

Justyna Wodzisławska z Warszawy ma 4 koty i psa, a prócz tego w jej domu ciągle mieszka jakaś psia lub kocia sierota. Teraz do adopcji gotowe są trzy koty, dwa psy i sześć szczeniaczków. Nad dwoma kotami, zanim pójdą do ludzi, trzeba jeszcze popracować...

Zima w ubiegłym roku przyszła niespodziewanie szybko. Już w połowie listopada temperatura spadła do -15 stopni, śniegu było po kolana. A pod blokiem, w którym mieszka Justyna, kręcił się pies. Niezbyt duży, bardzo podobny do teriera walijskiego. - W domu są trzy koty Dadzą sobie radę - uznała po namyśle. Ale terier jest psem myśliwskim, który postanowił dla ukochanej pani upolować to pętające się po domu kocie tałatajstwo. - Kiedy prawie zagryzł najmłodszego kota, wiedziałam, że nic z tego nie będzie - opowiada Justyna. Na jej ogłoszenie w internecie nowy właściciel się wprawdzie nie zgłosił, ale przyjechała pani aż z Płocka, bo wydawało jej się, że to pies z jej hodowli. Pomyliła się, ale to była bardzo szczęśliwa pomyłka - pomogła go wykąpać, fachowo ostrzyc, po czym zrobiono mu piękne, profesjonalne zdjęcia i zamieszczono w sieci. Terier podbił serca internautów.

W ciągu trzech dni zgłoszeń było tyle, że mogłam przebierać w opiekunach - opowiada Justyna. - Ale tęskniłam i potem podjęłam w pełni świadomą decyzję, że jednak chcę mieć psa. Miał być niezbyt duży i kundelkowaty. W schronisku trafiłam na Jantara - inne psy się pchały, on siedział z boku. Ale i tak wiedziałam, że on jest mój. Wtedy też tyle napatrzyłam się na psią i kocią biedę, że postanowiłam coś z tym zrobić.

To „coś”, to była decyzja o założeniu tymczasowego domu dla zwierzaków. Do Justyny trafia takie zabiedzone, chude, wystraszone stworzenie, a po jakimś czasie w dobre ręce zostaje oddany odkarmiony, wyleczony, zaszczepiony pies albo kot. Jantar okazał się wymarzonym psem do domu tymczasowego - jest łagodny, akceptuje wszystkie zwierzaki i w ogóle nie sprawia kłopotu. Przeciwnie niż Krecik - nazwany tak, bo gdy w schronisku został pogryziony przez inne psy, zakopał się w ziemi pod budą. - Ten to ma charakter - tłumaczy Justyna. - Wymaga łagodnej, ale silnej ręki. Jest bardzo inteligentny i doskonale wie, że ze mną może sobie pozwolić na zbyt wiele. Już zdrowieje, sierść mu zarasta, niedługo będzie pięknym psem...

Lubka, dla odmiany, piękna nie jest, ale charakter ma złoty. Justyna mówi, że z nią najtrudniej będzie jej się rozstać. Z nią i z jej szczeniakami. Bo Lubka, sama niewiele większa od kota, w listopadowe przymrozki gdzieś pod krzakami urodziła sześć szczeniąt. A Justyna przecież w takie zimno... właściwie już kończyć nie trzeba. Prócz psiaków małych i dużych na adopcję czekają dwa koty. Właściwie trzy - duży szary Bazyli, który mimo znakomitych wyników badań cierpi na tajemniczą przypadłość - Justyna mówi, że to może depresja, bo Bazyli jest mało komunikatywny i wyraźnie nie odpowiada mu taki tłok w domu. Sofran - piękny duży szaro-biały kocur trafił do Justyny we wrześniu i teraz odkarmiony i odchuchany może iść do ludzi. Szybko w dobre ręce trafi też pewnie Migotka - śliczna nieduża tricolorka. Ma leciutko wydłużony pyszczek i kiedy siada wyprostowana, owijając łapki długim ogonem, wygląda jak egipski posążek kota faraonów. Po roku działalności domu tymczasowego Justyna chyba nie umie powiedzieć, czy jest lepiej, niż się spodziewała, czy gorzej... Bała się, czy da radę finansowo, tymczasem najgorsze jest sprzątanie. Chciało jej się płakać, gdy szczeniaki wypuszczone z garderoby, żeby mogła umyć podłogę, dorwały pudełko chusteczek higienicznych i zasłały strzępkami cały pokój.

Z drugiej strony, wiem, że to trochę i moja wina - tłumaczy. - Jakoś pogodziłam się z tym, że odleczę, odkarmię, przywiążę się i już muszę zwierzaka oddać. To trudne, ale tylko wtedy taka działalność ma sens. Nauczyłam się cieszyć, gdy oddaję swoich podopiecznych w dobre ręce, nie nauczyłam się natomiast odmawiać. Wiem, że mam za dużo zwierząt, ale kiedy dzwonią do mnie z jednej czy drugiej fundacji, ze schroniska, nie umiem powiedzieć nie. Bo to moje "nie" może być dla nich wyrokiem śmierci...

Skoro jest jedno, to i drugie się zmieści

Małgorzata Trochimczuk z Zielonki ma w domu dwa psy, cztery koty, cztery żółwie i papugę.

Zaczęło się zwyczajnie i niewinnie - jak to bywa u normalnych ludzi. Małgorzata marzyła, żeby mieć owczarka niemieckiego. I mąż postanowił jej go kupić na urodziny. Budowali wtedy dom w Zielonce - prawda, że segment i do sąsiadów blisko - tyle co przez płot, ale jednak pod lasem i trochę na odludziu. Duży pies wydawał się nabytkiem rozsądnym, domownikiem pożądanym i pożytecznym. Tak w rodzinie Trochimczuków pojawił się Keks. Od pierwszego spojrzenia uznał Małgorzatę za swoją panią i choć sprawiedliwie obdzielił uczuciem i Piotra (męża), i Kasię z Pauliną (córki), Małgosia stała się jego największą miłością. Nie lubił się z nią rozstawać. Kiedy wychodziła do pracy, szperał po domu, aż znajdował coś, co do niej należało. Z racji tego uczucia ponosiła sporo strat. Butami cieszyła się dwa dni. Wkrótce z jednego został tylko obcas, resztę Keks pożarł. Martwiła się, że mogą mu zaszkodzić.

Potem na budowę domu przyplątała się kotka. Zadomowiła się w ogródku i już została. Nie chciała wchodzić do domu, razem z imieniem Zielonka dostała więc miniaturową budę na tarasie. Na taras wychodzi też okno sypialni państwa Trochimczuków i Zielonka z czasem uznała ją za część swojego terytorium. Zaczęła tam sypiać i przy okazji wyedukowała Keksa, by do sypialni nie wchodził. - Wystarczyło że wsunął nos za drzwi, a Zielonka stylem „na Małysza” skakała z łóżka i wszystkimi czterema łapami hamowała tuż przed progiem, żeby nie naruszyć psiego terytorium - opowiada Małgorzata. - Tego samego zresztą nauczyła potem Coco i w ogóle rządziła wszystkimi w domu. Coco, duża suka rasy tosa inu imię zawdzięcza perfumom Coco Chanel, a raczej... zapachom dalekim od perfumeryjnych.

Byliśmy u znajomego, który ją znalazł i szukał dla niej domu. Była strasznie brudna i zaniedbana, chwilowo mieszkała w kojcu na podwórku, a mróz był trzaskający. Żal mi jej było, ale drugi pies w domu? I taki duży? To nierozsądne - uznałam. Kiedy wsiadłam do samochodu, zapach był... cóż... powiedziałabym, dyskusyjny. Piotr tłumaczył mi, że głaskał psa i widocznie jego ubranie przesiąkło. Przejechaliśmy kilka kilometrów, kiedy coś zaczęło stukać w bagażniku. Już wiedziałam, ale zatrzymałam samochód i poszłam sprawdzić. Podniosłam klapę i... napotkałam błagalne psie spojrzenie. Co miałam zrobić? Gdzie jest jeden pies i dla dwóch znajdzie się miejsce - pomyślałam.

Kolejne zwierzaki jakoś się przyplątywały do rodziny i zostawały w myśl zasady, że skoro jest jedno, to i drugie się zmieści. A dwa koty czy trzy to właściwie niewielka różnica. Czarny Brykiet został wzięty dobrowolnie, bo Zielonka po sterylizacji zrobiła się leniwa, tyła i weterynarz zalecił jej towarzystwo. Ledwie Brykiet podrósł, Małgorzata na parkingu pod supermarketem spotkała Rudzika. Był mały, brudny, a na szyi miał zawiązany sznurek. Siedział pod jej samochodem i nawet nie miauczał, tylko wpatrywał się w nią zielonymi ślepkami. Czarną jak noc Pumę Piotr znalazł kilka miesięcy później, na ulicy. - Ktoś musiał wyrzucić kociaki z samochodu - opowiada. - Jeden już nie żył, samochód go przejechał, drugi siedział przy nim i płakał. - Piotr przyniósł go pod kurtką - wpada mężowi w słowo Małgosia - i strategicznie wcale mi go nie pokazał, tylko zaniósł do pokoju Pauliny. Córka orzekła, że Puma jest jej...

A gdzie są trzy koty... Leosia z kolei przygarnęła starsza córka Kasia. Właściciele go nie chcieli, bo sikał po domu. Okazało się, że miał po prostu chory pęcherz. Kasia go wyleczyła i to był prawdziwy kot-podróżnik. Kasia studiowała w Białymstoku, Leoś podróżował z nią pociągiem i zupełnie nie przeszkadzała mu częsta zmiana miejsc. Potem jednak Kasia przeniosła się do Warszawy i wynajęła mieszkanie, w którym nie mogła mieć kota. Leoś dołączył więc do domowej kociarni, bo gdzie są cztery koty...

O tak niekłopotliwych stworzeniach jak cztery żółwie błotne nie ma co wspominać, choć oczywiście, jak to u Trochimczuków, był w domu tylko jeden. Dwa Piotr odkupił po 10 zł od właściciela sklepu zoologicznego, któremu ktoś je podrzucił. Żółwica Zośka miała tylko przezimować, ale właścicielka jakoś nigdy się po nią nie zgłosiła.

Znając męża, aż się dziwię, bo już dawno nic mu się nie przytrafiło - śmieje się Małgorzata. - Pomiędzy kotami przyniósł do domu jastrzębia ze złamanym skrzydłem. Odwieźliśmy go do ptasiego azylu, ale to tylko moja zasługa, bo Piotr już w myślach urządzał mu mieszkanie na strychu. O takich "drobiazgach" jak powrót z porannego biegania w towarzystwie labradora, który pomieszkiwał u nas, zanim prawdopodobnie poszedł sobie do domu, nawet nie wspominam.

Piotr jest też największą i jedyną miłością ostatniego domownika, Staśka - Amazonki żółtogłowej. Stasiek miał nazywać się Ptasiek - od bohatera powieści Williama Whartona. Piotr twierdzi, że rodzina nie mogła zapamiętać imienia i ciągle je przekręcała. Małgosia prostuje, że to niemądre nazywać papugę, ptaka przecież, Ptaśkiem. Tak czy inaczej został Stasiek. Stasiek ma charakter. Każdy kot, prędzej czy później, wiedziony ciekawością, lądował u Staśka w klatce albo wspinał się za nim na firankę. Każdy też w końcu godził się ze świadomością, że nie da się Staśka ani złapać, ani zjeść. Keks zainteresowanie staśkową miską z jedzeniem przypłacił bolesnym uszczypnięciem w pysk, a Coco - trochę tchórz - stara się go wcale nie zauważać. Zauważa natomiast koty. Po powrocie z podwórka każdy musi przejść szczegółową inspekcję, połączoną z wylizaniem przynajmniej kocich uszu. Póki żyła, opierała się temu tylko Zielonka. Pozostałym opór na nic się nie zda, bo w razie potrzeby Coco przydusza uciekiniera łapą i doprowadza procedurę do końca. Podobnie jak koty, Stasiek z ogrodu też wraca zwykle pieszo, ale przed nim Coco czuje respekt i do wylizywania się nie kwapi. Bo nie da się ukryć, że Stasiek terroryzuje po trosze wszystkich domowników - tych ludzkich także. Tylko z Piotrem ogląda mecze, krzyczy „gol” i nawet zdarza się, że kibicuje tym, co trzeba. Tylko Piotrowi udało się go nauczyć gwizdania melodii z „Czterech pancernych” i kolędy „Wśród nocnej ciszy”. Pierwszego roku Stasiek gwizdał co prawda kolędę na Wielkanoc, ale rok później już znacznie bliżej - w sylwestra, a po kolejnym roku z własnej inicjatywy zagwizdał kolędę dokładnie w Wigilię. - No dobrze - śmieje się Małgorzata - zdradzę tajemnicę. On wcale nie jest taki mądry. Usłyszał kolędę w radiu i po prostu powtórzył

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Skomentuj:

Zaloguj się. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (2)

  • trombozuh

    0

    Dlaczego takich ludzi nie pokazuje się naszych "misyjnych" mediach, tylko na okrągło pupa Dody, Pudzian, lukrowani celebryci i mordy polityków? Przecież ten świat ma swoje piękne strony i takich pięknych ludzi.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Prowiant na piknik: tortille, kanapki, słone wypieki, mięsa na zimno.

118 prostych i pysznych przepisów z Poradnikiem Domowym (wersja w cenie 4,99zł)

Polub nas na Facebooku