Rozmowa kwalifikacyjna to także dobra szkoła umiejętności sprzedawania siebie, swoich zalet i kompetencji. Moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna odbyła się na parkingu stacji benzynowej, w samochodzie przyszłego szefa. Byłam wówczas studentką i chciałam sobie dorobić, najchętniej w jakimś biurze. W firmie, do której zadzwoniłam, zaproponowano mi spotkanie już następnego dnia, ale nie podając konkretnej godziny i miejsca.
- Proszę czekać pod telefonem - powiedział zdawkowo głos po drugiej stronie słuchawki.
Od rana siedziałam więc wystrojona i w pełnej gotowości. W południe zadzwonił sam szef:
- Proszę być za 15 minut na stacji benzynowej BP na Gaju. Będę czekał w zielonym volkswagenie - oświadczył. Trochę mnie tą informacją rozbawił, ale, przyznaję, także zaintrygował.
Rozmowa była krótka. Pan na mnie popatrzył, spytał, czy mam dużo energii i czy chcę pracować. Chciałam. I... pracowałam w jego firmie przeszło dwa lata. Ale nie wszyscy ubiegający się o pracę mają takie szczęście.
KARALUCHY I PRZESŁUCHANIA Agnieszkę, zielonooką drobną blondynkę, dziś trzydziestolatkę, kilka lat temu dyrektor do spraw personalnych, mężczyzna grubo po pięćdziesiątce, spytał podczas rozmowy kwalifikacyjnej, co by zrobiła, gdyby w delegacji w hotelu był tylko jeden pokój z podwójnym łóżkiem. A jechałaby z nim.
- Odpowiedziałam, że na pewno poprosiłabym go o poszukanie innego hotelu. I to była zła odpowiedź, bo tylko prychnął i podziękował za spotkanie. Nie spędziłam u niego nawet pięciu minut. Oczywiście, pracy nie dostałam -
kobieta wzrusza ramionami.
Katarzyna, czterdziestolatka z dużym doświadczeniem, która starała się o pracę specjalisty PR w dużej spółce handlowej, najpierw usłyszała, że jest już na to stanowisko za stara.
- A potem spytano mnie, które z
dzieci - syna czy córkę - wybrałabym i dlaczego, gdyby jedno z nich musiało umrzeć. Zupełnie jak w "Wyborze Zofii" - Katarzyna wzdryga się na samo wspomnienie. - W tym momencie sama im podziękowałam i wyszłam.
Trzydziestoletni Piotr starający się o pracę informatyka musiał udzielać pierwszej pomocy udającemu zasłabnięcie przyszłemu przełożonemu. Sprawdzano, czy potrafi zachować zimną krew.
Młodziutkiej Agnieszce, która na pierwszym roku studiów szukała pracy w pubie, wypuszczono na bar karaluchy i pająki.
A Alicję, przyszłą księgową, przesłuchano. W okolicznościach rodem z filmów kryminalnych.
- Posadzili mnie na twardym stołku bez oparcia, świecili prosto w oczy lampą i miałam po dziesięć sekund na każdą odpowiedź. Nie rozumiem, po co niektóre firmy urządzają te szopki - dziwi się Alicja.
RYWAL RYWALOWI WILKIEM Do Michała, 26-letniego studenta ostatniego roku ekonomii zadzwoniono z dużej firmy finansowej. Ponieważ wcale nie składał podania o pracę, tym bardziej był dumny, że tak znana firma ubiega się właśnie o niego.
Michał wbił się więc w garnitur, choć wolał dżinsy i glany, długie włosy związał w kucyk i poszedł. W recepcji firmy podano mu szeroką naklejkę z numerem 15 i skierowano na siódme piętro do sali konferencyjnej. W środku siedziało już kilkanaście osób. Wszyscy zestresowani, nerwowo stukający palcami w torby, teczki z dokumentami lub stół. Do godziny 12.00, o której miała się odbyć rozmowa kwalifikacyjna, zostało jeszcze dziesięć minut.
- To były chyba najdłuższe minuty w moim życiu - wspomina Michał. - Nikt się do nikogo nie odzywał, jeden patrzył na drugiego wilkiem. Wiadomo: każdy chciał zdobyć tę pracę, więc każdy był rywalem. Serce zaczęło mi walić, choć przecież nic złego się nie działo. Doszło jeszcze kilka osób, w sumie było ponad trzydziestu kandydatów.
Punktualnie o 12.00 do sali weszła kobieta w średnim wieku. Przywitała się i poleciła, żeby plakietki z numerkiem nakleić sobie na ubranie.