Moje dziecko przyszło z chmur

Anna Olszewska-Krysztofiak
A A A Drukuj
Dwie kobiety, dwie osobowości, dwa małżeństwa i ten sam dramat: bezpłodność. Justyna Bigos i Beata Mozer swoją drogę od leczenia do adopcji opisały w książce "Dziecko z chmur". Ta opowieść jest dziś drogowskazem dla wielu par.
Basia dramatyczne przeżycia dawno temu zostawiła za sobą. Teraz liczy się dla niej tylko to, że ma prawdziwa rodzinę, z ukochanym synkiem.
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta
Basia dramatyczne przeżycia dawno temu zostawiła za sobą. Teraz liczy się dla niej tylko to, że ma prawdziwa rodzinę, z ukochanym synkiem.
Synek dawał Justynie tyle szczęścia, że postanowili z mężem je podwoić. Dziś mają także adoptowaną córeczkę
Fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta
Synek dawał Justynie tyle szczęścia, że postanowili z mężem je podwoić. Dziś mają także adoptowaną córeczkę
?Dziecko z chmur? (Nasza Księgarnia) to napisana przez Justynę Bigos i Beatę Mozer prawdziwa historia miłości, poświęcenia, siły marzeń.
?Dziecko z chmur? (Nasza Księgarnia) to napisana przez Justynę Bigos i Beatę Mozer prawdziwa historia miłości, poświęcenia, siły marzeń.
ZOBACZ TAKŻE
Justyna - ciepła, czarująca, entuzjastyczna. Beata - przebojowa, radosna, energiczna. Jedna mieszkała w Gdańsku, druga w Sopocie. Spotkały się na studiach. Śluby brały w tym samym roku 2000. Potem ogałacały okoliczne apteki z testów ciążowych i wyobrażały sobie, jak mówią mężom: będziemy mieli dziecko. Ale ten moment nie nadchodził. Wkrótce oczekiwaniu zaczął towarzyszyć strach. Przypadkiem w tłumie wydziałowych koleżanek odnalazły swoje pełne lęku spojrzenia. Powoli, nieśmiało zaczęły się dzielić własnymi niepokojami. Nie myślały, że z bólu wyrośnie dojrzała przyjaźń, która pomoże im zrozumieć nawet najgorsze uczucia, jakich wówczas doświadczały. - Obie byłyśmy bezradne i samotne w naszym bólu. Gorsze od innych kobiet. Zazdrościłyśmy im, że zostają matkami, po cichu wręcz nienawidziłyśmy tych w błogosławionym stanie - wyznaje dziś Beata.

Rozmowy okazały się najlepszą i zarazem jedyną psychoterapią. W księgarniach praktycznie nie było publikacji mówiących o kłopotach z zajściem w ciążę. Do dziś w tej sprawie nie zmieniło się wiele, więc gdy Beata i Justyna wydały książkę "Dziecko z chmur", od razu stała się ona sekretną przyjaciółką kobiet nie mogących doczekać się dziecka. Wędruje po kobiecych torebkach, spoczywa na nocnych szafkach, niesie nadzieję.

TO NIE MNIE MIAŁO SPOTKAĆ!

Statystyki podają, że w Polsce w 2000 r. problemy z zajściem w ciążę miała co czwarta para. Justyna wtedy jeszcze o tym nie wiedziała. Była szczęśliwą mężatką u progu wspaniałego życia. Jej życie wypełniała miłość do męża, nowa praca, podróże. O dziecku zaczęła marzyć od razu po ślubie. Czas płynął, ale w jej ciele nic się nie zmieniało. Aż wreszcie zaczęła chodzić do lekarzy. Badaniom poddał się też jej mąż. Wyniki wykluczyły jego bezpłodność i wtedy pojawił się strach: "To moja wina". Kiedy obawy się potwierdziły, Justyna postanowiła walczyć. Poddała swoje ciało wszelkim możliwym badaniom. Bolesnym i inwazyjnym. Testom nie było końca, a po każdym kolejnym niepowodzeniu pojawia-ło się coraz większe poczucie przegranej. Gotowa była spróbować wszystkiego, co mogło jej pomóc: alternatywnych metod, ziół, magicznych kamieni. Lekarze wynajdywali dla niej coraz to nowe środki. Jedyne, czego od nich nigdy nie usłyszała, to słowo "adopcja". Jakby było zabronione. Kiedy lekarze zaproponowali in vitro, nie miała już siły. Poczuła, że czas spasować. Depresja się pogłębiała, pytania do Boga mnożyły. Zapadała się coraz bardziej w swoim poczuciu winy i niemocy. Dzisiaj mówi, że przetrwała tylko dlatego, że był przy niej mąż. Nie naciskał, koił, odganiał demony. Jednocześnie to on od samego początku wspominał o innej drodze - adopcji. Moment, w którym do niej dojrzała, Justyna uważa za cud. - Zrezygnowałam z leczenia, a w tym samym miesiącu przyszedł na świat chłopczyk, który kilka miesięcy później urodził się w naszych sercach i stał się wyczekiwanym i upragnionym synkiem. Naszym dzieckiem z chmur.

WALKA Z CZASEM I ROZPACZĄ

Półtora roku po swoim pięknym ślubie Beata wyszła z przytulnego mieszkania w Sopocie i pojechała do poleconego lekarza. Na ciążę czekali z mężem od pierwszych dni małżeństwa. Beata wybrała już nawet imiona. Ale upragnionego maleństwa nadal nie było. Zaczął się czas badań. - Gdy lekarzem jest mężczyzna, najczęściej nie proponuje badania partnera. Nieinwazyjnego. Zapisuje bolesne zabiegi kobiecie - wspomina z goryczą Beata. Dopiero gdy jej ciało zostało wymęczone wszystkimi możliwymi testami, lekarze uznali, że czas zbadać mężczyznę. Mąż Beaty nie miał żadnych oporów przed badaniem. Wtedy poczuła największe wsparcie z jego strony. Wyniki nie były wprawdzie złe, ale odstawały od normy. Małżonkowie trafili do kliniki leczenia bezpłodności. Beata była gotowa na każde poświęcenie. Z pokorą oddawała czas, zdrowie, pieniądze. Leczył się też jej mąż. Czas płynął, wyniki badań były coraz gorsze. In vitro wydawało się jedynym rozwiązaniem.

Wieczór przed zabiegiem był cichy, pełen marzeń, przeczucia nadchodzącego szczęścia. Tym boleśniejsze okazało się zderzenie z rzeczywistością. Beata pamięta narkozę, długie wybudzanie i kolejny szok. W nasieniu pobranym od męża nie było żadnego żywego plemnika! Druga próbka również zawiodła. Nie mogła uwierzyć, że specjaliści z kliniki nie sprawdzili tego wcześniej. A potem był ten koszmarny telefon, który odebrali, już wracając do domu. Zaproponowano im biopsję jądra. Mąż Beaty bez wahania poddał się bolesnemu zabiegowi przeprowadzonemu bez zachowania zasad bezpieczeństwa. Lekarze nie sprawdzili, czy spełnia podstawowe warunki przedzabiegowe, nie uwzględnili przyjmowanych leków, nie wzięli pod uwagę choroby serca. Dopiero później małżonkowie dowiedzieli się, jakie ryzyko niosło ze sobą takie postępowanie. Kolejne dwa dni oczekiwania i telefon: nie udało się. Koniec złudzeń.

Teraz musiała odsunąć od siebie własny ból, żeby walczyć z rozpaczą męża, przekonać go o swojej niezmiennej miłości i o tym, że go nie wini. Najgorsze były jednak rady przyjaciół, a nawet najbliższej rodziny. Żeby odeszła od męża albo zaszła w ciążę z kimś innym. Gdziekolwiek poszli, wszyscy pytali ich o dzieci. Niektórzy otwarcie komentowali, że są wygodnymi egoistami, że rodzina bez dzieci to nie rodzina. - Pełno było wokół mnie takich pseudomatek skrzętnie planujących dziecko między karierą a menopauzą, drżących z lęku przed rozstępami. A ja chciałam otyłości i rozstępów, chciałam opuchniętych nóg i porannych wymiotów - opowiada Beata. Jednak nikomu nie tłumaczyła prawdziwych przyczyn braku potomstwa. - To naturalne, że chronimy najbardziej bolące miejsca - wyjaśnia.

Wtedy spotkało ich kolejne traumatyczne doświadczenie. U męża wykryto nowotwór. Znowu długa walka, strach, oczekiwanie. I ulga. Tym razem się udało. Małżonkowie wrócili do marzeń o dziecku. Cel był ten sam, ale teraz wybrali inną drogę. Zaczęła się ona wizytą w ośrodku adopcyjnym. Po kolejnych miesiącach oczekiwania telefon w końcu zadzwonił. A potem pojawił się wyśniony, oczekiwany latami synek. - Łzy swobodnie płynęły, a razem z nimi pozbywałam się trucizny, którą przez kilka lat karmiło się moje serce - wspomina Beata.

ŻYLI DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE?

Książka ma szczęśliwe zakończenie: Beata i Justyna znalazły swoje upragnione dzieci. Ale w życiu to przecież dopiero początek rodzinnej drogi. Odbierając telefon z ośrodka adopcyjnego, Justyna nie spodziewała się, że los zgotował jej kolejne wyzwanie w postaci licznych chorób synka. Przez kilka lat nieustępliwie walczyła o jego zdrowie. - Zdałam sobie sprawę z tego, że z takimi samymi problemami borykają się rodzice naturalni. Że jesteśmy tacy sami. A natura bywa okrutna - mówi Justyna. - Przecież rodzice naturalni nigdy nie wiedzą, czy urodzi im się w pełni zdrowe dziecko. Byłoby niesprawiedliwie, gdyby rodzice adopcyjni nie ponosili podobnego ryzyka - uważa.

Trudności związane z opieką nad synem nie przygasiły jednak marzenia o powiększeniu rodziny. Synek dawał im tyle szczęścia i spełnienia, że postanowili je podwoić. I kiedy chłopiec miał cztery lata, Justyna zapragnęła drugiego dziecka. Na ponowne leczenie zgłosiła się dla spokoju własnego sumienia. Tym razem się udało. Jednak radość nie trwała długo. Ciąża obumarła. - Mogłam walczyć dalej, ale po co? Bóg dał mi wyraźny znak, że tak, mogę mieć biologiczne dziecko, ale zostałam z mężem wybrana do czegoś innego. Dzięki temu dziś w naszym domu, oprócz synka, zasypia adoptowana dwuletnia córeczka - tłumaczy Justyna.

Beata nie lubi wracać do czasu, który opisała w książce. Dramatyczne przeżycia zostawiła za sobą. - Dla mnie jest to rozdział zamknięty. Jestem mamą cudownego adoptowanego synka.

TRZEBA PRZEJŚĆ CIĄŻĘ DUCHOWĄ

Oprócz napisania książki Beata i Justyna założyły stronę internetową dzieckozchmur.pl, przez którą można się z nimi skontaktować. - Żadnej korespondencji nie pozostawiamy bez odpowiedzi - zapewnia Beata. Uczestniczą też w panelach dla przyszłych rodziców adopcyjnych. Nigdy nie podają jednak gotowej drogi do spotkania z własnym dzieckiem. Bo dla każdego jest ona inna.

- Badania i leczenie trzeba zacząć od diagnozy kilku specjalistów. Drugim ważnym krokiem jest badanie partnera. Potem każdy proces przebiega indywidualnie - mówi Beata. - Znalezienie dobrego lekarza to podstawa, tego brakowało mi najbardziej. Warto też poszukać wsparcia. Ja miałam Justynę, ale na pewnym etapie koniecznością może stać się opieka psychologa.

Justyna porównuje oba etapy starań o dziecko - leczenie i adopcję. Adopcja przebiega znacznie spokojniej, jest prostsza. - Tu nie ma niepewności jak w przypadku leczenia. Na końcu tej drogi czeka na nas nasze dziecko - mówi. Uważa, że proces adopcyjny nie może być zbyt krótki, choć oczywiście nie powinien ciągnąć się latami. - Przecież rodzice naturalni też czekają na pozytywny wynik testu ciążowego, a potem na poród. To czas, żeby się oswoić, przygotować, dojrzeć. W przypadku adopcji ten czas również jest potrzebny. Czas radosnego oczekiwania jest sprzymierzeńcem rodziców - przekonuje Justyna.

ADOPTOWANY ZNACZY WYJĄTKOWY

Adopcja wydaje się naturalna w czasach, kiedy stale wzrasta procent par mających problemy z poczęciem dziecka. W Polsce nadal jednak jest traktowana jak rozwiązanie wstydliwe.

- Trzeba odczarować adopcję - przekonuje Justyna. Jej zdaniem w Polsce pokazywane są tylko skrajne obrazy rodzin adopcyjnych. Pierwszy to wielkie poświęcenie rodziców, którzy przygarniają i otaczają miłością "obce dziecko". W kontrze nagłaśniane są przypadki patologiczne, kiedy przybrane dziecko krzywdzi rodziców. Tak budowane jest przekonanie, że adopcja to wielkie ryzyko, wymagające odwagi i poświęcenia. - Przez te nieodpowiedzialne działania mediów dzieci adopcyjne są postrzegane jako niebezpieczne. I obdarzone wielkim szczęściem, jeśli znajdą się rodzice na tyle odważni, aby przyjąć je do swojego domu. Tymczasem, jak widać z naszej książki, sprawa wygląda inaczej. To my, rodzice, mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy nasze dzieci - mówi Justyna. - Synek mnie uratował. Przywrócił do normalnego życia.

Czy przy negatywnym nastawieniu otoczenia do zagadnienia adopcji należy wyjawiać dziecku, że jest adoptowane? Obie mamy są zgodne: nie można wychowywać dziecka w zakłamaniu. Nie wolno decydować o odebraniu mu jego historii. Lepiej opowiedzieć ją, używając pięknych, pełnych miłości określeń. - Nasz synek od początku wie, że jest adoptowany. Chcieliśmy, by słowo "adopcja" nie miało negatywnego zabarwienia, by czuł się wyjątkowy, wyczekany i wytęskniony. Nie ukrywam, kiedy pierwszy raz zapytał, czy był w moim brzuszku, to była dla mnie trudna rozmowa. Musiałam powiedzieć, że był noszony w sercu, że przyszedł do nas z chmur - mówi Beata. - Ale chyba dałam radę, skoro dziś nie jest to dla niego problemem. Mówi po prostu: "Najważniejsze, że jesteśmy rodzinką".

OPOWIEŚĆ O ADOPCJI, SPEŁNIONYCH MARZENIACH I MIŁOŚCI

"Dziecko z chmur" (Nasza Księgarnia) to napisana przez Justynę Bigos i Beatę Mozer prawdziwa historia miłości, poświęcenia, siły marzeń. Ale też pomoc dla rodzin pragnących adoptować dziecko, opisuje bowiem kolejne kroki, jakie obie autorki musiały podjąć, by spełniły się ich marzenia o macierzyństwie. Z autorkami można się skontaktować na stronie: dzieckozchmur.pl

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Prowiant na piknik: tortille, kanapki, słone wypieki, mięsa na zimno.

118 prostych i pysznych przepisów z Poradnikiem Domowym (wersja w cenie 4,99zł)

Polub nas na Facebooku