Tylko dla kobiet

Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Oni mają swoje męskie kluby, gdzie kobieta bywa traktowana jak persona non grata, jak ktoś, kto nie może być partnerem do rozmowy, rywalizacji, rozrywki. Dlaczego my nie miałybyśmy mieć swoich kobiecych firm, kawiarni, organizacji?
Małgorzata Bieńkowska:
Fot. Anna Bedyńska / AG
Małgorzata Bieńkowska: "Wszystkie panie czują się tu bezpiecznie. Feministki mijają się w drzwiach z zakonnicami. Rano wpadają studentki, na lunchu spotykają się kobiety interesu, starsze panie grają w karty. Panuje tak luźna atmosfera, że czasem panie zapominają się i publicznie przymierzają właśnie kupione bluzki i sukienki."
ZOBACZ TAKŻE
Przychodzi taki moment, gdy orientujemy się, że mężczyźni rzeczywiście pochodzą z innej planety. Nie zamierzamy dokonać przewrotu na miarę "Seksmisji" i udowadniać, że Kopernik była kobietą. Nie chcemy też wywoływać wojny płci. Po prostu dobrze czujemy się wśród kobiet, lubimy spotykać się z przyjaciółkami. Umawiamy się w kawiarni, a nie w zadymionym pubie, idziemy na aerobik zamiast do siłowni. Wolimy kobiecą literaturę, styl zarządzania, nawet kobiecy sposób prowadzenia samochodu! Chcemy odpocząć od męskiego punktu widzenia, rywalizacji, agresji, od lekceważenia naszej siły i mądrości. I choć wielu mężczyzn lubimy, szanujemy, a niektórych nawet kochamy - czasami ich towarzystwo nie jest nam specjalnie potrzebne. Poznajmy historie pań, które wpadły na prosty, ale genialny pomysł, by wyjść naprzeciw tym naszym kobiecym nastrojom i potrzebom. Zobaczmy, co się dzieje, gdy tworzy się instytucje z etykietką: "Tylko dla kobiet".

U nas można się grzecznie pobawić

Małgorzata Bieńkowska, od 2004 r. z koleżankami prowadzi w Częstochowie klubokawiarnię tylko dla kobiet Babie lato.

Ukończyłam wychowanie przedszkolne, a od 15 lat razem z mężem prowadzę hurtownię farmaceutyczną. Po pracy często spotykałam się z koleżankami. Umawiałyśmy się poza naszymi domami i zauważyłyśmy, że wtedy udaje nam się oderwać od codziennych kłopotów. Okazywało się, że nasze problemy są podobne i nie aż tak wielkie, jak się wydawało. Zamiast je roztrząsać, razem się z nich śmiałyśmy. Wracałyśmy do domu zadowolone, z nową energią. Te spotkania uratowały niejedno małżeństwo. Ale w kawiarniach pełnych młodzieży czułyśmy się nieswojo, w dodatku mężczyźni czasem komentowali nasze zachowanie, czasem zaczepiali. To przeszkadzało i psuło nam humor.

Na jednym z takich spotkań, 15 czerwca 2004 roku, podczas imienin jednej z nas, wpadłyśmy na pomysł otwarcia kawiarni. Miesiąc później 38 zaprzyjaźnionych pań podpisało umowę spółki z o. o., czyli spółki handlowej. Jak do tego doszło? Po prostu każda z nas obdzwoniła swoje przy-jaciółki, proponując udział w spółce. Połowa kobiet, które do niej weszły, wcześniej się znała. Udziały nie były wysokie, 500 złotych, czyli ryzyko nie było duże. W ten sposób udało się nam zebrać kapitał w wysokości 100 tysięcy i jesienią otworzyłyśmy lokal. Ja wniosłam jedną piątą udziałów i zostałam panią prezes. Zajęłam się zorganizowaniem wszystkiego. Prawie każda z nas pochodzi z innego środowiska, ma inne wykształcenie, inne możliwości. Razem mamy olbrzymi potencjał. Jest wśród nas prawniczka, stomatolog, bibliotekarka, malarka, są nauczycielki, wiele pań prowadzi własne firmy. Są też gospodynie domowe. Dziś jedna z nich zajmuje się prowadzeniem naszej klubokawiarni. Najmłodsza ma dwadzieścia parę lat, najstarsza - ponad sześćdziesiąt.

Babie lato od początku było moim ukochanym dzieckiem. Właścicielka lokalu w pierwszej chwili nie chciała nam go wynająć, bo bała się, że będzie to miejsce spotkań lesbijek. Nazwę zapożyczyłyśmy ze znanego obrazu Józefa Chełmońskiego. Jest wieloznaczna. Wymyśliła ją jedna z nas, a inna, która jest plastyczką, zaprojektowała logo.

W naszym lokalu wszystko jest dopasowane do kobiecych potrzeb. Szerokie fotele, w których oprócz właścicielki zmieści się także jej torebka, spokojna muzyka, która nie zagłusza rozmowy, menu (np. warkocze z łososia, omlet z brokułami i migdałami).

Płeć brzydka jest tu wprawdzie tolerowana, ale niezbyt mile widziana, o czym ostrzega tabliczka przed wejściem. Jeżeli zabłądzi tu jakiś pan, najczęściej towarzysz którejś z klientek, wpuszcza się go tylko wtedy, jeśli założy kolorową perukę i będzie zachowywał się godnie. Panowie posłusznie respektują przyjęte przez nas zasady. Tylko raz jakiś niechętny nam mężczyzna odmówił włożenia peruki, a ponieważ kelnerka nie chciała go obsłużyć, pozwał nas do sądu. Poczuł się dyskryminowany. Sprawę przegrał, a my miałyśmy bezpłatną reklamę.

Babie lato pośredniczy też w szukaniu pracy. Mamy zeszyt, w którym są dwie części - szukam pracy i dam pracę. Niektóre z naszych klientek po wpisaniu swojej oferty znalazły pracę, a my w ten sposób znalazłyśmy świetną szefową kuchni. Zdarzają się również wpisy pań, które szukają pracy dla syna czy dla męża.

W naszej klubokawiarni prezentujemy też sztukę uprawianą przez kobiety. Odbyło się już kilka wernisaży, są koncerty, a nawet przedstawienia teatralne. Lokal jest wynajmowany na wieczory panieńskie, na spotkania po latach. Tu nawiązało się wiele przyjaźni. Stworzyłyśmy też kącik z czasopismami i książkami.

Mężowie patrzą na ten nasz klub przychylnie. Brak mężczyzn w kawiarni ma swoje dobre strony - nasi mężowie nie czują się zagrożeni.

O każdej porze, kiedy się wejdzie do Babiego lata, spotyka się kogoś znajomego. Bratnią duszę. Nie jesteśmy tu narażone na wdychanie dymu papierosowego, odoru alkoholu ani na żadne chamskie zaczepki. Nasz lokal już zarabia, a panie z Łodzi, Wrocławia dzwonią do mnie po radę, jak stworzyć na swoim terenie taką fajną babską knajpę.

Dryg do kierowania

Małgorzata Mandryk, właścicielka

założonej w 1996 r. Babskiej Szkoły Prawa Jazdy w Gliwicach.

Tata był kierowcą, a ja zrobiłam prawo jazdy, kiedy miałam 16 lat. Od tego czasu jeżdżę samochodem i uwielbiam to! Jazda daje niesamowity power. Gdy miałam 18 lat, brałam z tatą udział w biciu rekordu na 25 tys. km w rajdzie pod Wrocławiem, który organizował sam Sobiesław Zasada. Wtedy powiedział mi: - Dziewczyno, ty masz dryg do kierowania, mogłabyś zostać rajdowcem. Długo mi to w głowie siedziało, ale kierowcą wyścigowym nie zostałam, choć biorę udział w rajdach samochodami z napędem na cztery koła.

Jestem niespokojnym duchem i zajmowałam się już w życiu różnymi rzeczami. Uczyłam w szkole, handlowałam jarzynami, rozwoziłam piwo do domów na zamówienie oraz studiowałam psychologię. Co najmniej dwa razy w roku przemeblowuję mieszkanie. Zawsze starałam się być niezależna i inna niż wszyscy.

Kiedy okazało się, że mam zaledwie miesiąc życia przed sobą, skorzystałam z niekonwencjonalnych metod leczenia. Udało się! W tym "nowym" życiu zrobiłam rachunek sumienia i stwierdziłam, że mam dwie pasje - pedagogiczną i motoryzacyjną. Pomyślałam, że dobrze byłoby je połączyć i zostać nauczycielem nauki jazdy. Za pożyczone od mamy pieniądze zapisałam się na kurs. Byłam tam jedyną kobietą. Prowadzący zwracał się do nas: "Proszę panów" - i po moim chrząknięciu poprawiał się na: "Proszę państwa". Jako "rodzynek" zostałam wybrana na starościnę grupy. Gdy zyskałam uprawnienia, nie myślałam o otwarciu własnej szkoły. Wydawało mi się to zbyt skomplikowane, a poza tym miałam tylko jeden samochód - fiata cinquecento, którego wygrałam na loterii. Szukałam pracy w państwowym ośrodku szkolącym kierowców. W pierwszym przyjął mnie zdziwiony pan, który nie wiedział, że kobiety mogą być instruktorami. W następnym zapytano mnie: "A zgodę męża pani ma?". Zamurowało mnie - "A co to? Kobiety są gorsze od mężczyzn?". Do trzeciego ośrodka już nie poszłam. Wróciłam do domu i oświadczyłam mężowi: - Zakładam własną szkołę. I tak się stało.

Po roku istnienia nazwałam moją szkołę Babską Szkołą Prawa Jazdy - bo chciałam, żeby była inna niż wszystkie. Tak wyróżniam się już 10 lat.

Na początku nie byłam pewna, czy podołam wyzwaniu, będę miała wyniki. W tej pracy można się o tym szybko przekonać. Po prostu kursant zdaje egzamin na prawo jazdy albo nie zdaje. Przez rok prowadziłam szkołę sama i miałam tylko dwa samochody. Okazało się, że byłam pierwszą kobietą instruktorem jazdy w Europie i na początku nikt nie wierzył, że moja szkoła przetrwa. Ludzie przychodzili do mnie na kurs z czystej ciekawości, a wszystko, co zarobiłam, wydawałam na reklamę. Moje powodzenie rosło. Zaczęły się mną interesować media, a rozgłos służył rozwojowi szkoły. Miałam coraz więcej klientów.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.