Żeby pisać ikony, nie wystarczy talent, potrzebne jest czyste serce. Do ikonopisania trzeba iść z modlitwą, a nawet wyrzeczeniem i postem - przekonuje Ania, która drugi rok uczy się w Policealnym Studium Ikonograficznym w Bielsku Podlaskim.
Każdego ranka, przed rozpoczęciem zajęć o godzinie dziewiątej dźwięk dzwonu zwołuje na modlitwę wszystkich uczniów i pracowników. Jest ich trzydziestu. Wchodząc do kaplicy, każdy z nich całuje wystawioną w centrum ikonę chrztu Chrystusa. Po chwili płynie śpiew w niezrozumiałym dla nas starocerkiewnym języku. Na koniec szeregiem podchodzą do batiuszki Leoncjusza Tofiluka po błogosławieństwo. Ich dzień zaczyna się wcześniej. Już o 6.30 powinni uczestniczyć w mszy odprawianej w pobliskiej cerkwi przez ojca Leoncjusza.
- Kiedyś ikony pisali tylko zakonnicy, dziś jest inaczej, ale żeby nas nie rozpraszał współczesny świat, najlepiej codziennie przystępować do Komunii Świętej, wtedy możemy spokojnie pracować. Świat nas kusi, nie sprzyja wyciszeniu. Kiedy mam problem z grzechami, muszę go od razu rozwiązać, bo inaczej ikonopisanie mi nie wyjdzie. Ta
szkoła bywa wygodna - narzuca dyscyplinę, daje konkretne recepty, świat wartości i albo człowiek się im podda, albo musi odejść - objaśnia Ania.
Bóg prowadzi rękę Dawniej powstanie ikony poprzedzał post i medytacja. Pisano ją w izolacji od świata. W 1551 r. sobór moskiewski zalecił ikonopisom (tak na Rusi nazywano malarzy ikon) pokorę, łagodność, pobożność i przestrzeganie czystości duchowej i cielesnej. I choć dziś uczniów nie dotyczą tak surowe wymagania (np. Ania nie odmawia sobie oglądania ulubionego serialu "M jak miłość"), to dla nich niedoścignionymi wzorami są najsłynniejsi ikonografowie: mnich Olimpiusz, Teofan Grek i jego uczeń Andrzej Rublow, którzy w Kościele prawosławnym zostali kanonizowani.
Batiuszka Tofiluk uważa, że do pisania ikon, oprócz talentu, potrzebne są: wiara, cierpliwość i modlitwa. To nie jest zwykłe rzemiosło. Ikonopisarz dba jedynie o stronę techniczną, zaś jego rękę z pędzlem prowadzi Bóg. I choć każda ikona ma konkretnego autora, to prawdziwym twórcą jest Duch Święty. Dlatego tak ważny jest kanon - wierność treści i formie, układowi postaci i symboli, kolorystyce, które zostały określone przed wiekami przez Ojców Kościoła. Bowiem ikona, obok Pisma, jest częścią Objawienia Bożego. Dlatego prawdziwym jej celem jest nie tyle oddanie wyglądu świętych postaci poprzez stworzenie ich historycznych portretów, jak czynią to świeccy artyści, ile odbicie ich Boskości.
- Ikona prowadzi w rzeczywistość świętą. Nie ma na niej cienia, wszystko jest rozświetlone od wewnątrz, nie istnieje dla niej upływ czasu, a perspektywa nie zbiega się gdzieś na horyzoncie, lecz jest odwrócona - dąży ku sercu wiernego - mówi batiuszka Tofiluk.
W założonej przez niego szkole w Bielsku Podlaskim uczniowie uczą się pisania ikon kanonicznych. Mimo że na terenie naszego kraju mieszka ponad pół miliona wyznawców prawosławia, cerkiew w Polsce przez wiele lat nie miała ikonografów z prawdziwego zdarzenia. Ojciec Leoncjusz po raz pierwszy zobaczył, jak wykonuje się ikonę kanoniczną wiele lat temu, podczas pobytu w Finlandii na studiach w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Wtedy poczuł, że jest to jego powołanie. W 1983 roku, w smutnych czasach stanu wojennego, na Świętej Górze Grabarce, w duchowym sercu polskiego prawosławia, odbył się pierwszy obóz ikonograficzny. Od tego czasu co roku na takie wakacyjne warsztaty zjeżdżają ludzie z całego świata. Organizował spotkania w parafii św. Michała w Bielsku Podlaskim,
a 16 lat temu uzyskał błogosławieństwo metropolity Bazylego i zaczął tworzyć Studium Ikonografii. Najpierw przy parafii, a od 1997 roku w centrum Bielska, w drewnianym budynku, przekazanym przez władze miasta.
- Dobudowaliśmy murowaną kaplicę pod wezwaniem Świętej Trójcy, bo bez niej szkoła nie mogła istnieć. Malowanie ikon to modlitwa - mówi ojciec Leoncjusz i zaprasza do swojego gabinetu, który sąsiaduje z cerkwią. Mały pokoik wypełniony jest regałami z książkami i obrazami. Na blacie biurka - laptop. Batiuszka, który w tym roku będzie obchodził 50-lecie kapłaństwa, ze swobodą porusza się wśród najnowszych zdobyczy techniki. Studium, choć pod względem nauki warsztatu tradycyjne, jest skomputeryzowane. Żeby się do niego dostać, trzeba mieć ukończoną szkołę średnią, być wyznania prawosławnego i zdać egzamin. Składa się on z rozmowy, w czasie której ojciec Leoncjusz stara się dowiedzieć, dlaczego kandydat chce zająć się ikonopisaniem, i egzaminu praktycznego (rysunek martwej natury, postaci).
Nauka trwa cztery lata. W tym czasie mistrz przekazuje wiedzę uczniom. W programie jest: ikonografia, teologia ikony, języki (starocerkiewny, greka), historia Kościoła. Czesne wynosi tylko 150 złotych (poza tym szkoła utrzymuje się z dochodów
z parafii, darowizn i środków pozyskanych ze sprzedaży ikon). Od początku istnienia szkoły tytuł kanonicznego ikonografa zdobyło 37 uczniów.
Ta, co wskazuje drogę - Wielu uczniów rezygnuje, a powody są różne. Najczęściej po prostu sobie nie radzą, nie dojrzeli do tego, że ikonopisanie to poważna dziedzina. Najgorsi są absolwenci szkół plastycznych. Jeszcze nie potrafią rysować, a już chcą malować szeroko, z pędzla - mówi batiuszka Tofiluk. Uważa, że artyści mogą szukać inspiracji w ikonach, ale taki obraz nie może znaleźć się w cerkwi, bo malarz oddaje w nim swoje wizje, wrażenia, osobowość, a to nie jest ikona. W niej postaci świętych są uduchowione, przedstawiają ciała przebóstwione, unoszące się w przestrzeni. Mają wydłużone proporcje, wysokie czoła - symbol mocy ducha i mądrości, cienki nos świadczy o szlachetności, a wąskie usta wykluczają zmysłowość.
Tradycja głosi, że pierwszym ikonopisarzem był św. Łukasz. Na desce stołu, przy którym jadała posiłki Święta Rodzina, namalował portret Matki Boskiej z Jezusem. Podarował ją św. Teofilowi. Po jego śmierci ikona trafiła do Jerozolimy. Tam odnalazła ją Eudokia, żona cesarza Teodozjusza. W Konstantynopolu znalazła się w kościele Ton Hodegon, w dzielnicy portowej, dlatego nazwano ją "Tą, która wskazuje drogę" - Hodegetrią. Do dziś jest najbardziej rozpowszechnionym typem ikony, ma nieskończoną ilość wariantów: od Matki Boskiej Smoleńskiej do częstochowskiej Czarnej Madonny.
Jak powstaje ikona? - pytam ojca Leoncjusza. Prowadzi mnie do pomieszczenia zwanego gruntownią, które znajduje się na parterze szkoły obok kuchni. - Cały proces jest długotrwały i złożony, bo technologia powstawania ikon jest niezmienna jak sam kanon - odpowiada batiuszka. W niewielkim pomieszczeniu trzy dziewczyny: Ania, Natalia (uczennice drugiego roku) i Basia (tegoroczna absolwentka, obecnie pracownica) uwijają się jak w ukropie. Jedna miesza coś w garnkach na kuchence, druga odmierza bawełnianą gazę, a trzecia smaruje pędzlem deski różnych wielkości. Przygotowanie tzw. podobrazia to istne misterium owiane tajemnicą.
Do pisania ikon nadają się deski z drewna liściastego, najlepsze są lipowe. Nie należy wykorzystywać dębowych, bo mają dużo garbników i grunt słabo się trzyma. W przyciętej do odpowiedniego formatu desce trzeba wyrzeźbić kowczeg (oznacza arkę, ikona jest bowiem arką świętości) - kilkumilimetrowe wgłębienie, które tworzy wokół ikony naturalną ramę - ochronę świętości. Potem nasącza się ją klejem, najlepiej króliczym. Kiedy wyschnie, nakłada się gazę, gruntuje i wygładza papierem ściernym. Teraz można pokryć ją sankirem - jednobarwnym podkładem i zamalować narysowane wcześniej kontury postaci. Aureole świętych często "wychodzą" z obrazu na ramę, co symbolizuje energię świętości. Nanosi się czarne lub brązowe linie rysów twarzy i załamań szat, robi ochrenije, czyli pokrywa się uwypuklenia warstwą jasnego pigmentu o kolorze ochry. Dzięki temu uzyskuje się efekt wydobywania się światła z wnętrza ikony. Kiedy podmalówka jest gotowa, przygotowuje się temperę jajową. Uciera się żółtko,
wino, wodę i organiczny barwnik. I tak np. piękną czerwień szat uzyskuje się z tlenku rtęci, a niesamowity żółty kolor daje arszenik. Nakładanie farby na ikonę powtarza się około dwudziestu razy, a każda warstwa musi schnąć 15 minut. Większość ikon jest złocona, a to wymaga dalszych zabiegów. Na koniec - już na obraz - kładzie się olej lniany z komponentami, przenikający w głąb materii obrazu, podkładu, aż do deski.
Zanurzyć się w modlitwie Basia, Natalia i Ania pochodzą z Podlasia. Prawosławiem nasiąkały od dziecka, bo ojcowie dwóch pierwszych są duchownymi, a siostra Ani zakonnicą. Wychowały się w kulcie dla ikon, ale przed nauką w studium nie próbowały ikonopisania. Dopiero tutaj poznały technologię i teologię ikony. Na pierwszym roku nauczyły się gruntowania i szkicowania. Doskonaliły rękę, wykonując tysiące fal i kółek. Potem ćwiczyły rysowanie pagórków, architektury, szat, następnie rąk i twarzy.
- Pierwszą swoją ikonę podarowałam rodzicom, ale najpierw pokazałam ją Basi, żeby sprawdziła, czy jest w porządku - wyznaje Ania. Uważa, że cztery lata to za mało, żeby nauczyć się ikonopisania. Dlatego zamierza po skończeniu studium wyjechać za granicę i dalej się uczyć przy jakimś monastyrze. Największe trudności ma z napisaniem twarzy. - Wiem, że kiedy źle się czuję, jestem smutna, to wtedy moja ikona też jest smutna. Jaka jest rada, żeby nie przenosić emocji? Trzeba się zanurzyć w modlitwie i wtedy udaje się wyzwolić z chwilowego nastroju i nagle ręka sama prowadzi - uśmiecha się Natalia.
Ale bywają takie dni, że nic się nie udaje. Wtedy nie wolno się załamywać. - Miałam taką ikonę, którą zdrapywałam szesnaście razy, myślałam, że nie dam rady. I dopiero kiedy zaczęłam czytać Ewangelię, a potem zajęłam się szkicowaniem innych prac, w końcu udało mi się ją skończyć - opowiada Ania, układając deski w rzędzie na stole. Basia musi porzucić gruntowanie, bo w kaplicy czeka na nią szkolna wycieczka, którą trzeba oprowadzić.
Dzieci z wycieczki zadają mnóstwo pytań. Interesuje je, dlaczego święty trzyma pędzel i Ewangelię. Ale najbardziej, dlaczego wodzi za nimi wzrokiem. Jak długo powstaje ikona i ile kosztuje? Basia tłumaczy, że pędzel i Ewangelia to atrybuty świętego Andrzeja Rublowa, a odpowiednie ukierunkowanie wzroku jest bardzo trudne. Jeśli przesunie się trochę źrenice, to święty zamiast patrzeć nam w oczy, będzie patrzył w górę. Wtedy nie będziemy mieli z nim kontaktu i trudno się do niego modlić. Średnią ikonę pisze się przez miesiąc i kosztuje około 700 złotych.
Bez stanu łaski nie ma ikony Z pobliskiej klasy dochodzą cerkiewne śpiewy. Kiedy wchodzimy do niej, osoby zatopione w pracy nawet nie podnoszą wzroku. Krótko ostrzyżony mężczyzna szepcze, że pisze ikonę batiuszce - męczennikowi z XIX wieku, który jeszcze nigdy nie miał ikony. To trudne zadanie, ale Robert jest już na czwartym roku. Nie ma wzoru, tylko zdjęcie. Zrobił rysunek, chciał żeby ujawniły się na nim charakterystyczne cechy. - Niestety, mam wrażenie, że narysowana postać ma moje rysy. Nie mogę się tego pozbyć. Cały czas walczę o odpowiedni stan ducha i czekam na Boską pomoc - wyznaje Robert. Pochodzi z Bielska, ale zanim trafił do studium, przez 10 lat szukał swojego miejsca.
- Szwendałem się po Polsce, bo mam wrodzony talent, który mnie gubił i w swojej pysze uważałem, że nie muszę studiować. Dopiero kiedy zabrałem się za kopiowanie starej babcinej ikony i okazało się, że nic mi z tego nie wychodzi, poszedłem do studium i spytałem batiuszkę, dlaczego tak się dzieje. A on mi wytłumaczył, że tu się kończy talent, a zaczyna się modlitwa. Nad człowiekiem musi dominować Bóg i dać mu prawo do pisania ikon. Od kiedy jestem w szkole, ciągle staram się walczyć z samym sobą, z grzechem - opowiada Robert. Twierdzi, że pisząc ikonę, człowiek odkrywa swoją niedoskonałość, swoje niedostatki. - Ciągle powtarzam batiuszce, że nic nie umiem, chcę, żeby mnie zostawił na drugi rok. Ukazać ducha ikony, to poznać Boga. A to zadanie na całe życie. Mam wrażenie, że to mnie przerasta, choć wiele ikon już napisałem. Im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej czuję się zagubiony. Mam wrażenie, że strona plastyczna zaczyna dominować nad duchową. Kiedyś wiedziałem, że jeśli kreska mi nie wychodzi, to powinienem skosić trawę, narąbać drewna, zrobić jakiś dobry uczynek. Teraz, kiedy już kreskę robię od ręki, boję się, że manualna sprawność gubi istotę. Co mi dało ikonopisanie? Wolność od gonienia za forsą. Spokój. Oddając wszystko Bogu, zyskałem wszystko. Zrozumiałem, że niewiele do życia potrzebuję. To nie jest łatwe, bo mam już 30 lat i spotkałem kobietę, którą kocham. A ślub, rodzina niosą ze sobą niebezpieczeństwo zniewolenia. W szkole jest modlitwa, która ustawia mi cały dzień. Kiedy tu jestem, nie czuję zmęczenia, ale kiedy wracam do domu, olbrzymi ciężar spada mi na głowę. Dla mnie w ikonopisaniu najtrudniejsze jest uzyskanie stanu łaski, bez tego nie ma ikony - zwierza się Robert.
Podobnie czuje długowłosy Paweł, który w skupieniu kontempluje ikonę Marii Magdaleny. Pochodzi z Białegostoku. O studium dowiedział się z prasy. Wtedy studiował historię. Zamknięty w sobie, wszędzie czuł się obco. Zgłosił się na egzaminy i zdał je. Rodzina nie była zachwycona, ale on właśnie tu odzyskał spokój. - Jestem dopiero na drugim roku, ale czuję, że chciałbym zajmować się tym przez całe życie, choć jeszcze nie udało mi się napisać ikony. Teraz próbuję tę z Marią Magdaleną i ciągle mam wiele wątpliwości, czy się uda. Nie miałem problemu z zaaklimatyzowaniem się. To kwestia dojrzałości i wyboru tego, co jest ważne. Zrozumienia, co tak naprawdę się odrzuca, z czego się rezygnuje - przekonuje Paweł.
Ciągle uśmiechnięta Agnieszka, która po ukończeniu szkoły od czterech lat pracuje w studium, nie chce mieć własnej rodziny, bo uważa, że wtedy nie mogłaby całkowicie poświęcić się ikonopisaniu. - To jest moje życie! Mimo że trzymam się kanonów, to każda moja ikona jest inna. Jest w niej mój ślad, mój sposób wyrażania siebie. Można nauczyć się zasad, ale jeśli się ich ślepo trzyma, ikona nie będzie miała duszy - mówi Agnieszka. Kocha tę pracę i jest pracoholiczką, bo nawet podczas wakacji nie wyjeżdża na urlop.
Inaczej Galina, która przyjechała z Białorusi, ma męża i syna. Udane życie rodzinne godzi z ikonopisaniem. Była nauczycielką plastyki, ale kiedy nie mogła znaleźć pracy, postanowiła się zapisać do studium. Ukończyła je pięć lat temu i teraz w szkole zajmuje się realizowaniem zamówień z cerkwi i tych prywatnych, których coraz więcej napływa z Polski i zagranicy. - Zawsze gdy zaczynam pisać ikonę, mam lekkie trzepotanie serca, nawet jeśli tę ikonę pisałam już 20 razy. Jest to jedyny w swoim rodzaju stan ducha, i Bogu dziękuję, że mogę tu pracować. Najważniejsze jest tak pisać ikony, żeby ludzie chcieli się do nich modlić.