Kiedyś znaczki się zdobywało, teraz się kupuje. W mojej rodzinie zapalonym filatelistą był wujek i tym hobby zaraził mnie i moich młodszych o dwa lata braci bliźniaków. Rywalizowaliśmy. Zapisałem się do klubu filatelistów i od tej pory otrzymywałem znaczki już następnego dnia po ukazaniu się ich w obiegu. To było prawdziwe szaleństwo!
Dzięki temu hobby już w czasach szkoły podstawowej i potem w liceum miałem sporo znajomych na całym świecie. Pisałem do nich, a oni odpisywali i czasem wysyłali znaczki. Najwięcej znajomych miałem w byłym ZSRR, bo wtedy nauczyciele rosyjskiego namawiali do nawiązania korespondencji z radzieckim rówieśnikiem. Pamiętam, że wielu takich kolegów zyskałem dzięki akcji, zainicjowanej przez młodzieżowe czasopismo. Trzeba było napisać list do kolegi, który mieszkałby w takim mieście w ZSRR, którego nazwa zaczynała się i kończyła na te same litery, co nazwa miasta, z którego się pochodziło. W moim wypadku był to Szadek, dlatego napisałem do Smoleńska. Ktoś mi odpisał i zaczęliśmy korespondować. A potem, w jakiejś radzieckiej gazecie wydrukowano mój adres i zacząłem dostawać po kilkadziesiąt listów dziennie. Przede wszystkim od dziewczyn. Odpisując, w szybkim tempie podciągnąłem się w znajomości rosyjskiego.
Codziennie na dużej przerwie listonosz przynosił mi do szkoły paczkę z listami. To dopiero było wydarzenie w małomiasteczkowej rzeczywistości! Radzieccy znajomi wysyłali mi całe serie znaczków. Najwięcej było okolicznościowych (rocznica rewolucji, pierwszego lotu w kosmos), ale też przepiękne reprodukcje malarstwa światowego (np. Rembrandta, van Gogha, impresjonistów). To mnie tak wciągnęło, że popadłem w pewne uzależnienie. Myślę, że teraz, po rozpadzie ZSRR, te znaczki mają wartość historyczną.
Moje filatelistyczne zbiory szybko się powiększały. Miałem nawet znaczki z Kuby, Australii. Przekonałem się, że mniejsze kraje wydają dużo bardziej różnorodne znaczki niż np. Wielka Brytania czy USA (tam na znaczkach głównie są królowa lub prezydenci). Polskie znaczki też były wyjątkowo atrakcyjne. Piękne, o bogatej kolorystyce, otwierały mi oczy na przyrodę, sztukę, historię. Mogłem z nich czerpać wiedzę o świecie. Najwięcej mam radzieckich i to z portretem wodza rewolucji - Włodzimierza Lenina. Ale też dużo z radzieckimi artystami. Zazdrościłem im tego, bo w Polsce znaczka z Martą Lipińską, w której się podkochiwałem, nie można było dostać, a po pocztówkę z jej zdjęciem musiałem z Szadka jechać aż do Łodzi.
Przez wiele lat dużą wagę przywiązywałem do korespondencji i z podróży wysyłałem widokówki. Oczywiście z ciekawymi znaczkami. Otrzymywałem też dużo listów od radiosłuchaczy. Do dziś je przechowuję. Jednak najwięcej mam kartek od wokalistki Basi Trzetrzelewskiej, którą poznałem w 1987 r. Zaprzyjaźniliśmy się. Ostatnio dostałem od niej kartkę z napisem: "New Job", bo po 25 latach zmieniłem miejsce pracy. Teraz widokówki wysyłam jedynie do chrześniaka. Na pocztówce z wyprawy do Australii przykleiłem mu znaczek z misiem koala. Dla mnie kiedyś byłby rarytasem.
Nie kolekcjonuję już znaczków masowo, mogę zachwycić się jakimś okazem, ale z przyjemnością, jeśli tylko mam czas, przeglądam moje klasery. Prawie z każdym ze znaczków związana jest jakaś historia, jakiś człowiek. Dzięki nim odbywam podróż w czasie. Wspominam, z jakim trudem je gromadziłem, żeby mieć całą serię. Nigdy nie zbierałem znaczków, licząc na to, że przyniosą mi korzyści materialne. Nie mam pojęcia, ile warta jest moja kolekcja, ale wiem, że mam ją dzięki tym wszystkim rozsianym po świecie ludziom, z którymi od lat się nie kontaktowałem, ale których właśnie dzięki tym znaczkom nigdy nie zapomnę.