Mniej niż kilogram nadziei

Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Kiedy dziecko na świecie pojawia się tak wcześnie, że waży mniej niż bochenek chleba, witane jest ze strachem, nie z radością. Rozpoczyna się bowiem długa walka - na początku o każdy oddech.
ZOBACZ TAKŻE
SONDAŻ
Czy NFZ powinien finansować leczenie wcześniaków?

Tak, to bardzo ważne
Nie, jeśli nie ma dobrych wyników leczenia

Rodzina Puerto dziś świętuje. Po 83 dniach pobytu w Klinice Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie maleńka Sara jest wypisywana do domu. Kiedy urodziła się w 25. zamiast w 39. tygodniu ciąży, ważyła zaledwie 690 g (w drugiej dobie tylko 550 g). Mierzyła 31 cm i mieściła się na dłoni. I mało kto - poza rodzicami - wierzył, że przeżyje. Od razu trafiła do inkubatora. Cieniutkie jak patyczki rączki i nóżki całe pokłute, plastikowa rurka od respiratora w gardle.

- Nie potrafiła ani oddychać, ani jeść, ale w tym maleńkim ciałku była ogromna wola życia - ze łzami wspomina Marzena Kotarska-Puerto. Teraz już wie, że jej córeczka wygrała walkę ze śmiercią. Dziś waży 2125 g, lubi ssać pierś mamy i wodzi oczami za tatą. - To cud! Nie ma nawet uszkodzonego wzroku, co jest powszechne u wcześniaków - mówi przejęty tata, chirurg onkolog. Doskonale zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństw czyhających na tak wcześnie urodzone dziecko.

Trudne decyzje

Choć na dworze szalała zamieć, państwo Puerto z pięcioletnią córką Karoliną dotarli do klinki. Przywieźli wielki czekoladowy tort i kwiaty dla lekarzy i pielęgniarek. - Tu pracują anioły. Otoczyli moją Sarę miłością, a ona czuła, że nie może ich zawieść. Musi być dzielna i nie poddawać się. Były chwile, że ja się załamywałam i wtedy mogłam liczyć na ich wparcie - wspomina pani Puerto. Szczególnie na początku, kiedy życie Sary wisiało na włosku. Mama nie mogła być przy niej, bo przez dwa tygodnie leżała w gorączce - lekarze walczyli z zakażeniem organizmu, które mimo antybiotyków nie chciało ustąpić. Na szczęście nie przedostało się do płodu, inaczej Sara by nie przeżyła.

- Strasznie się bałam. Karolinka urodziła się o czasie i ważyła 3550 g, ale w zeszłym roku poroniłam i teraz bardzo chciałam donosić to dziecko. Niestety, podczas kolejnego badania USG okazało się że mam szyjkę macicy niebezpiecznie rozwartą. Ginekolog ją zamknął i zapisał leki na podtrzymanie ciąży - wspomina Marzena.

Mimo że nie chodziła do pracy (jest farmaceutką), żeby się nie przemęczać, to nagle poczuła, że odchodzą wody płodowe. Trafiła na Oddział Patologii Ciąży Instytutu Matki i Dziecka. Lekarze stwierdzili, że poziom wód płodowych jest wystarczający, żeby dziecko mogło się rozwijać, ale ona musi leżeć z nogami do góry. Nie wolno wstać nawet do łazienki. Kroplówką podawano leki na podtrzymanie ciąży. - Serce waliło mi po nich jak młot, nie mogłam zmrużyć oka. Byłam niesłychanie pobudzona, a jednocześnie bałam się nawet przewrócić no bok - wspomina Marzena.

Czekanie na cud

Przez podobne tortury przeszły, chcąc podtrzymać ciążę: Monika Szostak - mama półtorarocznego Jasia, który urodził się w 25. tygodniu, ale choć ważył 920 g, to w szpitalach spędził 113 dni; Ewa - mama Oli urodzonej w sylwestra 2007 r. w 24. tygodniu, która ważyła 600 g i której życie nadal jest zagrożone, oraz Joanna Szatkowska, która w 25. tygodniu urodziła Stasia (740 g). Niestety, po miesiącu chłopiec zmarł.

- Cieszyłam się z każdej chwili spędzonej z moim maleństwem, ale też bałam się. Nikt nie był w stanie powiedzieć, czy moje dziecko będzie widzieć, słyszeć, chodzić, mówić. I najważniejsze: normalnie myśleć. Bałam się, bo groziło mu wodogłowie i porażenie mózgowe. Żyłam w takim stresie, że nie pamiętam, czy jadłam, czy spałam. Moje życie stało się czekaniem. Czekaniem na cud... który nie nadszedł - wyznaje Joanna, pokazując mi zdjęcie. Na nim zza szyby inkubatora widać maleńką twarzyczkę w kokonie z niebieskiego kocyka.

Wypłakała morze łez. I dziś stają jej w oczach, bo przecież tak długo z mężem czekali na to dziecko. Przez trzy lata starała się zajść w ciążę i kiedy w końcu się udało, to już w 8. tygodniu trafiła do szpitala. Miała krwiaka ciążowego. Musiała podpisać oświadczenie, że decyduje się na donoszenie ciąży na własną odpowiedzialność.

- Namawiali mnie na aborcję, ale ja miałam wrażenie, że czuję ruchy płodu - choć to podobno na tak wczesnym etapie ciąży nie jest możliwe. Leżałam non stop i widziałam, że nikt poza mną i mężem nie chce walczyć o moje dziecko - zwierza się Joanna i nagle dodaje - A może mieli rację, może to, co wydarzyło się potem, było niepotrzebne? Ale wtedy nigdy nie pogłaskałabym mojego synka, nie dałabym mu szansy, tylko od razu skazałabym go na śmierć.

Deski i koła ratunkowe

Joannie nie było łatwo pogodzić się ze śmiercią synka. Do momentu, kiedy zobaczyła, jak do poradni przyszpitalnej wjechał chłopczyk na wózku inwalidzkim. Miał cztery lata, ale nie chodził, prawie nie widział i słabo słyszał. Był reanimowanym wcześniakiem. Wtedy w jej głowie zrodziło się pytanie - czy warto walczyć o życie, które w przyszłości może przynieść samo cierpienie? Łukasz i Ewa, rodzice ważącej obecnie 580 g Oli, wierzą, że warto, choć ich córeczka nadal nie przybiera na wadze. Wierzą, że będzie dobrze.

- Jest taka dzielna, taka silna. Chce żyć, każdego dnia widać jakiś postęp - cieszy się Łukasz, mimo że lekarze ich nie oszczędzają. - Na początku każda zła informacje ścinała nas z nóg, wpadaliśmy w rozpacz, ale w końcu się uodporniliśmy. Oczywiście nie do końca. Mamy takie swoje koła ratunkowe. Jeden z naszych kolegów, chłop jak dąb, przyszedł na świat jako nie ważący kilograma wcześniak i jest zupełnie zdrowy. Koleżanka Ewy też urodziła takie małe dziecko, które teraz już prawie nie różni się od rówieśników - mówi z nadzieją Łukasz.

W Polsce przed ukończeniem 37. tygodnia ciąży rodzi się ok. trzydzieści tysięcy dzieci rocznie, w tym ok. półtora tysiąca ważących poniżej kilograma. To 6 proc. wszystkich noworodków. Czy na świat przychodzi coraz więcej wcześniaków? Kierownik Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka prof. Ewa Helwich twierdzi, że nie. - To raczej oznacza, że coraz więcej z tych najmniejszych dzieci udaje się nam uratować.

Wystarczy spojrzeć na wielką tablicę wiszącą na ścianie przy wejściu na oddział. Uśmiechają się do nas buzie dzieciaków w różnym wieku, które jeszcze kilka lat temu nie miałyby żadnych szans na przeżycie. - Ta tablica stała się moją deską ratunku. Kiedy zobaczyłam, ile dzieci, nawet mniejszych od naszej Sary, udało się uratować, uwierzyłam, że nie spocznę, dopóki portret mojej córeczki tam nie zawiśnie. Choć nie ma już miejsca - wyznaje Marzena.

Statystyki nadal są nieubłagane. Szanse na przeżycie takich dzieci jak Ola, Sara, Jaś są jak jeden do trzech. Czworo na dziewięcioro z powodu skrajnego wcześniactwa doznaje ciężkich wylewów krwi do mózgu. Wtedy grozi porażenie mózgowe, wodo- głowie. Już w pierwszych minutach życia muszą dostać tlen, bez którego by zginę- ły, ale który pompowany w nadmiarze może uszkodzić wzrok i płuca. Tak jest w przypadku Jasia Szostaka, który w tej chwili rozwija się doskonale, ale ma stwierdzoną dysplazję oskrzelowo-płucną. Groźne są dla niego wszelkie infekcje.

- Przeszłam przez piekło walki o każdy oddech moje-go synka. Kiedy wreszcie po prawie czterech miesiącach w szpitalach miał wyjść do domu, wpadłam w panikę. Tak się bałam o jego życie, że przeszliśmy z mężem kurs pierwszej pomocy. W nocy przed wypisem zmusiliśmy lekarkę, która miała dyżur, do przećwiczenia z nami na fantomie masażu serca przy sztucznym oddychaniu. A do łóżeczka i wózka włożyłam specjalne materacyki, które miały włączyć alarm, jeśliby dziecko nie oddychało przez 20 sek. Dzwoniły, kiedy brałam synka na ręce, bo zapominałam wyłączyć alarm - śmieje się Monika, a Jasio tuli się do niej. Na te objawy czułości ze strony synka musiała czekać prawie rok. Najpierw malec bał się każdego dotyku. Kojarzył go z bólem, którego tak wiele zaznał.

- Po raz pierwszy wzięłam go na ręce dopiero, kiedy miał prawie 2 miesiące i został przeniesiony do Kliniki Neonatologii i Intensywnej Terapii Noworodka Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Tam matki mogą wyjmować dzieci z inkubatora i "kangurować", tzn. kłaść je między piersiami, żeby czuły zapach mamy i bicie serca. Mój Jaś tego nie doświadczył. W świetnie wyposażonym, nowoczesnym Szpitalu Klinicznym im. Ks. Anny Mazowieckiej, w którym uratowano mu życie, są tylko wyznaczone godziny odwiedzin - od 12. do 20., dzieci w inkubatorze można dotknąć na własną odpowiedzialność. Kto zaryzykuje? Kiedyś mój synek bardzo płakał. Czułam, że pewnie ma mokro, ale pielęgniarki właśnie dzieci przebrały i dopiero za trzy godziny miały zmienić mu pieluchę. Taki był rytm. Ubłagałam siostrę i pierwszy raz, trzęsącymi się rękami założyłam wielkiego pampersa mojemu dziecku. Innym razem spóźniłam się z podwiezieniem pokarmu, który ściągałam i dostarczałam dwa razy dziennie. Kubuś, starszy syn, nie chciał mnie wypuścić z domu. I choć dyżurująca pielęgniarka była miła i mimo późnej pory zabrała ode mnie mleko, mojego synka nie mogłam już zobaczyć - opowiada Monika.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.