Godzina 6.00 Maj, pogodny ranek. Z podmiejskiego pociągu wysiadam na peronie Dworca Warszawa Śródmieście. Z miejsca owiewa mnie fetor. Ludzka fala płynie do wyjścia, a ja ruszam w przeciwnym kierunku, do tunelu łączącego stację z Dworcem Centralnym.
Na schodach przyspieszam, nie czuję się tu bezpiecznie. W przejściu jest pusto, tylko jakaś skulona postać trzyma czapkę w rękach i coś mamrocze. Kiedy zagaduję, odpędza mnie rękami, a kiedy zdradzam, że piszę reportaż o Centralnym, wykrzykuje - To ja go budowałem! I pewnie tu umrę! - dodaje. Był elektrykiem i te trzy lata budowy były najszczęśliwszymi w jego życiu. Wtedy się ożenił, urodził mu się syn. Dlaczego teraz bieduje? Na własne życzenie. Żona z synem wyemigrowali do USA, a on przepił wszystko, co miał. Nawet pieniądze na bilet lotniczy.
W hali kasowej "najnowocześniejszego dworca w Europie", jak nazwano go w latach propagandy sukcesu, spory ruch. Próbuję chłodnym okiem spojrzeć na znajomą budowlę. Dworzec oddano do użytku w grudniu w 1975 r. Projekt autorstwa Arseniusza Romanowicza był wielokrotnie zmieniany. Zrezygnowano m.in. z betonowych estakad dla pieszych prowadzących do pobliskich wieżowców. Dworzec zbudowano błyskawicznie w związku z wizytą Leonida Breżniewa. Potem wielokrotnie obiekt remontowano. Nie jest wygodny dla podróżnych. Odległość między halą główną a peronami wynosi aż dwa piętra. Ruchome schody są wąskie i często wyłączane. Jedyna winda (towarowa) jest dostępna tylko dla pracowników PKP. Architekt nie pomyślał o niepełnosprawnych. Od niedawna mają oni do dyspozycji elektryczną platformę uruchamianą na syrenę, która przywołuje pracownika dworca.
Godzina 7.00 Idę wzdłuż peronu trzeciego. "Pociąg pospieszny z Poznania wjedzie na tor drugi przy peronie pierwszym". Perony miejscami ukryte są w mroku. Mimo że maszyny czyszczące polerują granitowe posadzki, jest brudno. Z czeluści tunelów zionie zaduch zmieszany z kloacznym smrodem. Ponoć dlatego, że polskie pociągi mają otwarte ciągi sanitarne.
Dosiadam się do drzemiącej na ławce brunetki. Częstuję gumą do żucia, pytam, dokąd jedzie. - Jeszcze nie wiem. Tydzień temu wyszłam z domu na imprezę - odpowiada. Nie chce wracać, bo usłyszałaby, że jest darmozjadem, że się nie uczy. Będzie powtarzała drugą klasę liceum. Gdzie mieszka? Różnie. To tu, to tam. - Na dyskotece poznałam kilku kolesi z kasą. Stawiali. Dużo wypiłam i nie tylko... Obudziłam się w mieszkaniu jednego z nich. Spędziłam tam kilka dni, ale wczoraj wrócili jego starzy i musiałam się wynieść na Centralny - mówi. Co dalej? Nie wie... Pojechałaby nad morze, ale nie ma za co.
Centralny to moloch. Kilometry tuneli, peronów, przejść, łączników. Podziemne miasto otwarte ze wszystkich stron. Dla podróżnych, ale też i dla szukających przygód, uciekinierów, bezdomnych, przestępców. To tutaj wyszukiwali swoje ofiary warszawscy pedofile, tu zatrzymywani są dilerzy narkotyków. Tu funkcjonariusze Komisariatu Kolejowego Policji aresztowali Białorusina wprowadzającego do obiegu podrabiane karty VISA.
Godzina 8.00 Ruchomymi schodami wjeżdżam na poziom galerii Dworca Centralnego. Niczym na olbrzymim bazarze można tu kupić prawie wszystko. Ciuchy, książki, "markowe" torby i
perfumy, przecenione gazety i płyty DVD. Mimo wczesnej godziny, ogromny ruch. Kupuję drożdżówkę prosto z pieca, tak gorącą, że parzy usta i idę do galerii północnej, do Komisariatu Kolejowego Policji (KKP), sławnego na całą Polskę dzięki telenoweli "Złotopolscy".
Pomieszczenie nie jest tak kameralne, jak to z telewizji. Dyżurka i długi korytarz z pokojami po obu stronach. Spotykam parę młodych ludzi. - Jechaliśmy nocnym pociągiem z Krakowa. Do przedziału weszło dwóch mężczyzn. Jeden zablokował drzwi, drugi przyłożył mi nóż do twarzy. Zabrali nam komórki i pieniądze. Zatrzymali pociąg hamulcem awaryjnym i zniknęli za nasypem - nerwowo opowiada dziewczyna. Dobrze, że nie okradli ich z bagaży, dokumentów i biletów lotniczych, o 12. lecą do Bristolu w Wielkiej Brytanii. Skończyli prawo. Od dwóch lat pracują w Anglii. - Tym razem rodacy nie popisali się. Ładnie nas potraktowali... - wzdycha chłopak. Ale dyżurny policjant przekonuje, że policja działa już coraz skuteczniej. - Choćby wczoraj policjanci Sekcji Prewencji KKP zatrzymali na terenie Dworca Centralnego trzech sprawców rozboju, którzy pobili poszkodowanego, a potem zabrali mu pieniądze. Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia na wniosek Prokuratora Rejonowego Warszawa Śródmieście zadecydował, że będą aresztowani przez okres trzech miesięcy.
Godzina 9.00 Komendant komisarz Krzysztof Radzik przyjmuje mnie w swoim niewielkim gabinecie. Jest równie przystojny jak Paweł Wawrzecki grający tę postać w "Złotopolskich" i równie szarmancki. Ukończył
studia informatyczne w WAT, w policji pracuje szesnasty rok, a od dwóch lat kieruje Kolejowym Komisariatem Policji.
- Wcześniej przez siedem lat pilnowałem metra. Tam stacje są nowoczesne, przejrzyste i dlatego łatwiejsze do zabezpieczenia. Poza tym metro jest zamykane, a Dworzec Centralny nigdy nie zasypia. Zresztą podlegający mi policjanci zabezpieczają nie tylko Centralny, ale wszystkie inne dworce na terenie Warszawy. Są to mundurowi i zwiadowcy. Jest ich stu pięćdziesięciu. Mamy sekcję prewencji, kryminalną i dochodzeniowo-śledczą. Płeć piękna stanowi 10 procent zatrudnionych, ale tylko dwie panie chodzą w patrolach - opowiada komendant. Stara się, żeby przestępczość malała, ale na razie zmniejszyła się o 10 procent rocznie. - Ważne, że zmieniła się struktura przestępstw. Coraz mniej jest rozbojów z uszkodzeniem ciała. W tym roku było ich dwadzieścia i żadnego morderstwa. Coraz więcej spraw udaje się nam rozwiązać. Bardzo pomaga to, że dworzec jest monitorowany przez kilkadziesiąt kamer. Przy czym tych ukrytych jest więcej niż widocznych - mówi Radzik. - Czy są w tunelu łączącym dworce Śródmieście i Centralny? - pytam. - Oczywiście, i to nawet widoczne. Jest zdecydowanie bezpieczniej niż kiedyś. Wielu kieszonkowców przeniosło się z Centralnego do miejskiej komunikacji i na ulice. Odstraszyły ich umundurowane patrole policyjne, które widać na każdym kroku - odpowiada komisarz.
Ważna jest też organizacja pracy. Podczas odprawy patrole otrzymują konkretny rejon i zadania, a po powrocie ze służby są rozliczane z ich wykonania. Sprawdza się, z jakimi naruszeniami prawa mieli do czynienia i jak na nie zareagowali. Komendant proponuje mi, bym dołączyła do jednego z policyjnych patroli. Jest w nim Marta Manowska (3,5 roku w policji) i Tomasz Rzążewski (8 lat pracy na Centralnym).
Godzina 10.30 Spotykamy się przy schodach wiodących do hali kasowej. Wchodzimy na galerię, z której świetnie można obserwować całą halę. Szumi jak ul. Podróżni z bagażami, kolejki do kas. Każdy gdzieś pędzi. Wielu niemal zaprasza złodziei do działania. Pootwierane torby, portfele z dokumentami i pieniędzmi na wierzchu.
Marta zawsze wiedziała, że będzie policjantką. Dlatego skończyła studia pedagogiczne - specjalizacja resocjalizacja. - To mi pomaga w rozmowach z dzieciakami, które bez opieki, późnym wieczorem, wałęsają się po dworcu.
Patrole pełnią służbę w systemie zmianowym - dzień i noc, a potem mają dobę wolną. - Często pracujemy w święta, ale można się przyzwyczaić - wyznaje Tomasz. Ludzie zwracają się do nich z najróżniejszymi problemami. Pytają, jak mają się dostać np. na ul. Zielną, mają pretensje, że pociągi się spóźniają, że jest brudno itd. Patrolujący twierdzą, że rzadko spotykają teraz narkomanów, po których widać, że biorą. - Zmieniły się środki odurzające. Najczęściej zatrzymuje się posiadaczy amfetaminy, którzy wyglądają zupełnie przeciętnie. Ale my znamy newralgiczne miejsca, w których spotykają się dilerzy i kupujący. Dlatego tak często udaje się naszym policjantom na dworcach zatrzymać osoby za posiadanie narkotyków - mówi Rzążewski. Żegnam się z policjantami i błądzę po galeriach w poszukiwaniu centrum monitoringu wizyjnego, które od 1996 r. działa na Centralnym. Okazuje się, że prowadzą do niego niepozorne drzwi w murze, a zamiast klamki jest tu tablica z kodem cyfrowym.