Małe Ojczyzny pod polskim niebem

Notuje: Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Rodzina Oleśniewiczów Fot. Maciej Swierczynski / AG Rodzina Oleśniewiczów
Kaszubi, Ormianie, Łemkowie. Od wieków związani są z Polską, ale udało się im zachować własny język, kulturę, wiarę. Nie było to łatwe, bo w naszej wspólnej historii są jasne i ciemne karty. Nadal mało się znamy, ale dziś pod wspólnym niebem Małe Ojczyzny wzbogacają tę Wielką.
Rodzina Bohosiewiczów
Fot. Jan Zamoyski / AG
Rodzina Bohosiewiczów
ZOBACZ TAKŻE
Rodzina Oleśniewiczów: Michał - dziadek, lat 82, poeta, muzyk, Paweł - syn, 49 lat, maszynista, Dorota - synowa, 47 lat, księgowa, Arkadiusz i Jarosław - wnukowie, 24 lata, studenci prawa.

Michał: Dola Łemka w Polsce nie była lekka. Nie zapomnę lata 1947 r. - w ramach akcji "Wisła" mieliśmy dwie godziny na opuszczenie domu. Rodzice mieli duże, 20-hektarowe gospodarstwo we wsi Berest w powiecie nowosądeckim. Kupili je za pieniądze zarobione w USA, gdzie się poznali i pobrali. Wiosną 1947 r. odwiedzali nas "upowcy" (członkowie UPA - Ukraińskiej Powstańczej Armii). Zabrali nam dwie świnie. Potem słyszeliśmy, że ludzi wysiedlają za kontakty z UPA i śmierć generała Świerczewskiego. Myśleliśmy, że nas to nie dotyczy, bo z UPA nie mieliśmy nic wspólnego. Tymczasem dostaliśmy rozkaz wyjazdu na Ziemie Odzyskane. W pośpiechu zapakowaliśmy na wóz, co popadło. Pomodliliśmy się przed obrazami, tata przywiązał do wozu konia i krowę, i wyruszyliśmy w ciszy, jak na zagładę. Po dwóch dniach załadowano nas do pociągu towarowego. Ludzi z naszej wsi rozesłano do 7 powiatów.

Kiedy dojechaliśmy do Oświęcimia, żołnierze zabrali tatę. Trafił do obozu w Jaworznie. Po 8 miesiącach go stamtąd wyciągnąłem. Okazało się, że ojca przetrzymywano za to, że miał trzech synów w Ameryce.

We wsi Konradów czekała na nas stodoła i rozwalająca się lepianka. Zamieszkaliśmy z bydłem na słomie, którą dostaliśmy od sąsiada. Chciało się wracać na swoje, ale był zakaz. Niektórzy, jak np. malarz Nikifor Krynicki (Epifaniusz Drowniak) był kilkakrotnie wysiedlany.

W 1948 r. przesiedlono nas do wsi Modła niedaleko Bolesławca. Tu dostaliśmy lepsze mieszkanie i 2 ha łąki. Cerkwi nie było w okolicy, więc chodziliśmy do kościoła. Jesteśmy grekokatolikami, nasz kościół podlega papieżowi, ale kalendarz i obrządek mamy wschodni. Dopiero po 1956 roku mogli pojawić się u nas księża grekokatoliccy.

Arkadiusz: W Legnicy, gdzie brat i ja się urodziliśmy, jest cerkiew grekokatolicka. Niedziela bez mszy nie istnieje. Dla Łemków wiara jest ważna. Nasz dziadek pości nie tylko w piątek, ale też i w środę.

Michał: Najważniejsze jest przestrzeganie przykazań i pamiętanie o tym, żeby "nie czynić drugiemu, co nam niemiłe". Post, modlitwa tylko w tym pomagają, dyscyplinują.

Jarosław: Mam narzeczoną, która mieszka na Łemkowszczyźnie, we wsi Hańczowa. Oni przez cały post przed świętami żyją o chlebie i wodzie. Jej rodzinę też przesiedlono w 1947 r., ale po dziesięciu latach mogli wrócić. Niestety, powroty były możliwe tylko w okolice Gorlic, do Beresta dziadkowi nie pozwolono. W ostatnim spisie 6 tys. Łemków przyznało się do swoich korzeni, ale tylko 1,5 tysiąca na Łemkowszczyźnie. Tam, w Hańczowej, Łemkowie chcieli, żeby nazwa miejscowości była zapisywana w języku polskim i łemkowskim, ale się nie udało. Polacy głosowali przeciw. W pobliskiej wsi Bielanka jest to możliwe, bo tam Łemkowie są w większości.

Arkadiusz: Co znaczy dziś być Łemkiem? Tak nazwali nas w XIX w. Polacy i sąsiedzi Bojkowie. Wzięło się to od naszego słowa "lem" (tylko). Najpierw było to określenie obraźliwe, potem się przyjęło, ale tylko w Polsce, bo na Słowacji czy Ukrainie nazywani jesteśmy Rusnakami lub Rusinami. Dla Łemków ważny jest język i kultura. W domu mówiło się po łemkowsku.

Dorota: Ja ukrywałam swoje pochodzenie, nawet w Legnicy.

Paweł: W pracy wiedziano, że jestem Łemkiem i nie miałem z tym kłopotu, ale dopiero dziś na ulicy można bez strachu mówić po łemkowsku.

Jarosław: Nadal nie ma szkoły, w której uczono by języka łemkowskiego. My z bratem przez 10 lat tańczyliśmy w zespole Kyczera (góra), prowadzonym przez Łemka, historyka Jerzego Starzyńskiego. Poznaliśmy łemkowską literaturę, muzykę, obrzędy, np. ślub, wesele, pogrzeb są jedyne w swoim rodzaju. Będę dbał, by moje dzieci były wychowane po łemkowsku, ale boję się, że za jakieś trzy pokolenia może już Łemków nie być.

Rodzina Szmidtke: Kazimierz - ojciec, lat 61, właściciel fermy drobiu, Gabriela - mama, lat 52, Witold - syn, lat 35, wiceprezes Oddziału w Baninie Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego (ZK-P), Marlena - synowa, lat 34, ekonomistka

Kazimierz: Nasza rodzina mieszka w dwóch wsiach w pobliżu Gdańska: w Miszewku i w Pępowie. Jesteśmy Kaszubami z dziada pradziada. Jeszcze i dziś zdarza się, że Kaszubów uważa się za potomków ludów germańskich, a przecież jesteśmy Słowianami. Nasza historia nie jest prosta. Najeżdżani, podbijani i wynarodowiani. Rozpowszechnił się stereotyp, że Kaszubi są jacyś inni, bo mają... czarne podniebienia. To nasi przodkowie jedli dużo jagód...

Witold: Kiedyś Kaszubi żyli w pasie nadmorskim od Łaby po Wisłę. Po raz pierwszy nazwa określająca plemię kaszubskie pojawia się 19 marca 1238 r. w dokumencie wystawionym przez papieża Grzegorza IX. Mamy swój język, który przez lata, szczególnie w Polsce Ludowej, był uważany za gwarę.

Kazimierz: A za mówienie po kaszubsku w szkole dzieci były bite przez nauczycieli Polaków, bo w tych czasach nauczycielami na Kaszubach nie mogli być Kaszubi. Zresztą przed II wojną światową podobnie. Kaszubi byli dyskryminowani. Trudno im było dostać się na wyższe studia, nie mogli piastować urzędów. Podobnie postępowali z nami Niemcy. W Polsce Ludowej nie byliśmy lubiani, bo Kaszubom miano za złe, że za hitlerowskiej okupacji podpisali listy narodowościowe. Ale jakie mieli wyjście? Kto nie podpisał, był wywożony na roboty do Niemiec. Mój ojciec w 1939 r. walczył w wojsku polskim, potem trafił do obozu jenieckiego. Uciekł, ale został złapany i wcielony do wojska niemieckiego. Trafił do Francji, skontaktował się z tamtejszym ruchem oporu i został przerzucony do Anglii. Podobne były losy większości Kaszubów z tych terenów. W domach mówiło się po kaszubsku, ale literatura kaszubska nie była dostępna.

Marlena: Rodzice nie zwracali się do mnie po kaszubsku, bo nie chcieli, żebym z tego powodu miała kłopoty w szkole. Uważano, że język kaszubski może spowodować problemy z nauką poprawnej polszczyzny. Dopiero na studiach zostałam członkiem Klubu Studentów Kaszubów Pomorania - tam język kaszubski był żywy. Moi synowie już od czwartej klasy podstawówki mają możliwość nauki języka kaszubskiego w ramach zajęć szkolnych.

Kazimierz: Ten nasz język najbardziej "Antkom" (tak nazywamy obcych) przeszkadzał. Godzili się na to, żebyśmy tańczyli, grali, śpiewali, bo to folklor, ale już na gazety czy audycje radiowe po kaszubsku nie było zgody. Teraz mamy radio Kaszebe, program w TV Gdańsk, własną prasę, po kaszubsku wydaje się książki.

Witold: A nawet kaszubski rock, hip-hop, muzykę poważną. Organizuje się mnóstwo imprez i festiwali. Wiosną przyjechali Kaszubi z Kanady i wspólnie obchodziliśmy 150-lecie tamtejszej diaspory (największej na obczyźnie). Choć nie znają polskiego, to dosyć dobrze znają kaszubski, a są już czwartym, piątym pokoleniem urodzonym na obczyźnie.

Marlena: Na różne sposoby staramy się podkreślić nasze pochodzenie. Na przykład synowi Tomkowi na drugie imię daliśmy Światowid, to był kaszubski bóg, a Kamilowi - Gryfit, od rodu kaszubskich książąt. Urzędniczka w USC miała wątpliwości, ale dzieci zarejestrowała. Staramy się kultywować kaszubskie obrzędy. Zazwyczaj 23 czerwca uczestniczymy w tradycyjnym kaszubskim święcie ścinania kani (ptak z rodziny sokołów) organizowanym przez Klub Pomorania. Na Kaszubach wierzono, że zima sprzyja zadomowieniu się zła, a w wigilię świętego Jana wolno było wytykać publicznie wady, krytykować. Uosobieniem zła na Kaszubach była kania. Dlatego jednego ptaka zabijano w czasie obrzędu i symbolicznie wypędzano zło ze wsi. Ściętego ptaka wynoszono za wieś i zakopywano, aby już nikomu nie szkodził. Dziś kani nie zabijamy, w inscenizacji obrzędu mamy kukłę ptaka.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Dzień Matki 26 maja

Nie masz pomysłu na prezent? Wyślij piękny bukiet kwiatów »

Prowiant na piknik: tortille, kanapki, słone wypieki, mięsa na zimno.

118 prostych i pysznych przepisów z Poradnikiem Domowym (wersja w cenie 4,99zł)

Polub nas na Facebooku