Gdzie hipisi z tamtych lat?

Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Długowłosi, kolorowo ubrani młodzi ludzie pojawili się na ulicach Polski w czasach PRL-u. I chociaż nie walczyli o wolność, uważano ich za zagrożenie dla systemu. Inwigilowani i prześladowani, zwani "kwiatami zła", wybrali różne drogi życia. Czy zostali wierni wyznawanym ideałom?

Fot. Jarosław Kubalski / AG
Fot. Maciej Swierczynski / AG
Fot. Maciej Swierczynski / AG
Fot. Franciszek Mazur / AG
Fot. Franciszek Mazur / AG
ZOBACZ TAKŻE
Nazywano nas hipisami. Najpierw tego nie lubiliśmy, bo to była taka zewnętrzna, mieszczańska klasyfikacja. Dopiero z czasem się do tego przyzwyczailiśmy... - wspomina Kamil Sipowicz, autor książki "Hipisi w PRL-u", artysta i filozof, życiowy partner piosenkarki Kory. Popijamy zieloną herbatę w kultowej księgarni warszawskiej "Czuły Barbarzyńca". To ulubione miejsce spotkań ludzi twórczych. - Kim byli polscy hipisi czasów Gomułki i Gierka? - pytam. - Pierwszych długowłosych chłopaków można było zobaczyć na ulicach Warszawy już w 65 czy 66 - tak samo jak w Kalifornii. Paradoks polskiego komunizmu polegał na tym, że przyjeżdżały tu najlepsze angielskie zespoły rockowe, takie jak The Rolling Stones, The Animals, The Hollies, ale trzeba było mieć dużo odwagi cywilnej i samozaparcia, żeby będąc hipisem, iść ulicą. Nienawidzili nas gitowcy, pałowała milicja, a i zwykli ludzie bywali agresywni. Każdy krok był walką. Byliśmy taką pierwszą "Solidarnością". Pierwszą próbą wykrawania wolności. Biernymi rewolucjonistami, co brzmi jak oksymoron, ale to prawda. Poprzez bierność i odpadnięcie od systemu hipisi przewracali system - mówi Sipowicz.

- A dziś? Co pozostało z tamtych idei? Gdzie są hipisi z tamtych lat?

- Miałem kilka spotkań z okazji promocji książki w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu. Zjechało na nie mnóstwo dawnych hipisów z Polski i ze świata. Część z nas nie widziała się od 40 lat. Ciągle jesteśmy idealistami. Wierzymy, że hasła z czasów naszej młodości ziszczą się kiedyś. Nasze idee kontynuuje Jurek Owsiak. Propagujemy pacyfizm, ekologię, otwartość, kreatywność. Jesteśmy twórczy i pozytywnie nastawieni do świata. Nasze sztandarowe hasło "Make Peace and Love" (czyń pokój i miłość) w spłyconej formie weszło do dzisiejszej pop- kultury. Może należałoby je poddać recyklingowi i na nowo praktykować?

Kraina wolności

Bieszczady to była mekka polskich hipisów, kraina wolności. Tam uciekali od cywilizacji, ale też przed milicją. Prawie każdy hipis chciał mieszkać w Bieszczadach. Jednym z pierwszych, któremu się to udało w 1973 r. i mieszka tam do dziś, jest Piotr Dmyszewicz.

Z Ustrzyk serpentynami jadę do Lutowisk, a potem wyżej, do Chmiela. Jest ciemno. Na szosie stoi wysoki długowłosy facet. Macha ręką.

- Piotr Dmyszewicz - głos lekko zachrypnięty, uścisk dłoni mocny. Pakuje się do samochodu i wskazuje ostry wjazd pod górę. Parkuję przy fundamentach. - Buduję nowy dom, z synami - objaśnia Piotr i prowadzi mnie po schodach do chaty przeznaczonej dla turystów. Zbudowali ją niedawno, dla zarobku. Rozpala ogień w piecu, krząta się wokół kuchni. Parzy herbatę. - Dlaczego wybrałem Bieszczady? Uciekłem od miasta, w którym pewne sprawy przybrały zły obrót. Wiadomo jakie... Zniechęcenie do władz. Pojawiło się we mnie coś takiego, jak potrzeba poszukiwania ziemi obiecanej i wartości, jakie daje natura. Szukałem nieskażonego miejsca.

Piotr urodził się w Ostrowie Wielkopolskim, ale przeniósł się do Wrocławia i pod koniec lat 60. uczył się w liceum plastycznym. Tam zetknął się z ruchem hipisowskim. Spotykał się z Jurkiem Berowskim (ksywka Zamoyski), jego dziewczyną Alicją Sierszulską oraz Zappą, który handlował płytami. - Co dziwne, w tym naszym hipisowaniu nie było podpatrywania Zachodu. To był wybuch, wiatr. Wiatr, który zapylił te kwiaty (hipisów nazywano "dzieci kwiaty" - przyp. red). Rozkwitały niezależnie od siebie w różnych miejscach świata, od Kalifornii po Władywostok - przekonuje.

Jednak po 1970 r. czuło się, że powoli wszystko zaczyna się staczać. Władza ludowa chciała wszystkich skłócić na zasadzie dziel i rządź, zmieniały się relacje między ludźmi. - Zresztą podobnie działo się też w Ameryce. Potwierdzała to muzyka, zwłaszcza zespołu The Doors. A potem te trzy śmierci: Hendrix, Joplin i Morrison. Czuło się, że następuje jakiś kres. Stąd rozczarowanie i chęć, żeby się w tych Bieszczadach zagubić. Jadąc tam, zabroniłem mamie ujawniać komukolwiek mój adres. Chciałem najpierw poczuć grunt pod stopami, stanąć pewnie na tym gruncie, a dopiero potem otworzyć szeroko drzwi - opowiada Dmyszewicz.

Artyści i Outsiderzy

W 1975 r. w Bieszczady zawitała Asia - poznańska hipiska, która musiała się ukrywać przed MO. Przywiózł ją Wienio - Wiesław Nowacki - hipis, który wcześniej pod Opolem w miejscowości Zawiść założył komunę. W końcu zajął się działalnością polityczną. Był współzałożycielem Solidarności Rolników Indywidualnych.

- Asię poznałem dwa la- ta wcześniej na Festiwalu Awangardy Beatowej w Kaliszu - wspomina Dmyszewicz. - Zostawiła w Poznaniu spalone mosty, była napiętnowana, nawet siedziała w wariatkowie. Miała proces, na którym wygłosiła - słynne potem w środowisku - przemówienie o Sybiraczce. Dowodziła, że komuna traktuje hipisów jako siłę polityczną, którą zwalcza wszelkimi sposobami, że wsadza ludzi do więzień i szpitali psychiatrycznych. Asia została ze mną na Caryńskiej. Prowadziłem tam studencką kolibę. Pobraliśmy się, a potem osiedliliśmy w Chmielu. Urodziła mi pięciu synów. Przeżyliśmy razem, 30 lat. Ale już nie ma jej wśród żywych. 11 listopada 2005 r. pochowaliśmy moją Asię...

Ich pierwszy dom Piotr zbudował własnymi rękami. Chałupę pięć na pięć metrów, bez wody i elektryczności. Ale było romantycznie, kochali się. Po jakimś czasie wykopał studnię, podłączono prąd. Teraz mieszka z synami, a w domu wszystko jest tak, jak zostawiła Asia.

- To duże chłopaki. Najstarszy ma 32 lata, najmłodszy 18. Chowani byli tak trochę dziko, z wilkami i niedźwiedziami. Zabierałem ich do lasu. U nas zimą wilki podchodzą pod dom - kiedyś porwały psa, a przed niedźwiedziem chłopaki niedawno tak zwiewali, że mało nóg nie pogubili. Kiedy byli mali, hodowaliśmy krowę i kozę, uprawiałem ogród. Teraz wszystko na nich przepisałem. Jestem wolny, może zacznę znów malować...

W Bieszczadach najpierw Piotr pracował u farmera, potem w schronisku, a kiedy nauczył się budowlanki, to w ten sposób zarabiał.

- Nigdy nie lubiłem mieć szefa poza tym Najwyższym. Tu, w Bieszczadach, jest zupełnie inaczej niż na polskiej wsi. Tu nie ma tej zaściankowości, jest większa tolerancja, otwartość. Może dlatego, że spotykało się tu wielu zbiegów, wygnańców, outsiderów i artystów. Moją sąsiadką przez długie lata była żona Krzysztofa Komedy (nieżyjący kompozytor - przyp. red.), niedaleko mieszka Prezes (Ryszard Krzeszewski) - były hipis, hoduje konie.

Bieszczadzki zbir

Bieszczadnicy zaakceptowali długowłosych, a nawet te dwa żywioły jakoś się ze sobą splotły, współistniały. Mimo że władza ludowa chciała ich skłócić. Sugerowano nawet, że hipisi to niebezpieczna banda, narkomani, wariaci. - Chociaż tu nie mówiło się "hipis", tylko "student". Milicja nie dawała nam spokoju. Przychodzili pod byle pretekstem: a to brak zameldowania, a to pies nie uwiązany. Zawsze się coś znalazło. Nękali nas mandatami i kolegiami - wspomina Dmyszewicz.

Jedni trafiali w Bieszczady na krócej, inni na dłużej, niektórzy kończyli tu swoje życie. Tak jak Sułtan (Marek Obarski, poeta, pisarz, tłumacz) czy Artur (Artur Lignowski), legendarny pustelnik z Otrytu. Dramatyczne przeżycia bieszczadzkich hipisów opisał Tarzan (Wojciech Michalewski) w książce "Mistycy i narkomani".

A Dmyszewicz? On wrósł w Bieszczady, jak drzewa, jak kamienie. - Jestem takim bieszczadzkim zbirem. Rano budzę się i decyduję, czy pójdę w lewo, czy w prawo, co będę robić. Stawiam sobie pytania. Czym jest życie? Dla mnie to szansa dla ducha - wyznaje. Wychodzę z chałupy. Świta. W dole widać wstęgę Sanu, w dali we mgle szczyty pokryte rudymi modrzewiami. Czy może być lepsze miejsce w świecie?

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.