Nie mieliśmy czasu, żeby się sobą znudzić Irena i Zbigniew Tyszko, 50 lat po ślubie
Irena: Nie mogę się nadziwić, że tyle lat jesteśmy razem. Tak szybko minął ten czas. Pobraliśmy się w sobotę 13 września 1958 r.
Zbyszek: Specjalnie wybraliśmy trzynastkę, na przekór przesądom. Chcieliśmy odpędzić licho, bo rok wcześniej brat Irenki właśnie w tym dniu uległ ciężkiemu wypadkowi. Złote gody wyprawiła nam w 2008 r. córka. Zaprosiła pięćdziesięciu znajomych, w tym siedmiu, którzy byli na naszym ślubie. Zorganizowała nawet Syrenkę, żeby nas na imprezę zawiozła. Pamiętała, że jeździliśmy takim
samochodem, chociaż do ślubu wiozła nas stara Warszawa. Nie zrobiliśmy sobie profesjonalnego ślubnego zdjęcia, bo uważaliśmy, że to zbyt mieszczańskie i wystarczą amatorskie, ale kiedy się okazało, że nie wyszły, to po pół roku małżeństwa wybraliśmy się do zawodowca.
Irena: Pamiętam, miałam sukienkę bombkę, podobne są teraz modne. Uszyła mi ją mama koleżanki. W kościele grała i śpiewała Ave Maria żona Edwarda Czernego, dyrektora orkiestry radiowej, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni. A poznaliśmy się w 1955 r. Studiowałam na wydziale lekarskim w Białymstoku. Z moją ówczesną sympatią wybrałam się na prywatkę. Gospodarzem był Zbyszek. Jedyny trzeźwy tam-tego wieczoru... Rozmawialiśmy do świtu i słuchaliśmy opery "Traviata".
Zbyszek: Irenka była piękna, w koronie z warkocza, ale dla mnie nieosiągalna, bo była dziewczyną kolegi. I dopiero wiosną 1958 roku najpierw spotkaliśmy się na fajfie (popołudniowe spotkanie, często z tańcami - przyp. red.), a potem na ulicy Grójeckiej. Irenka wtedy "chodziła luzem", czyli była sama. Zawiodła się na kolejnych sympatiach, podobnie jak ja. Promieniowała ciepłem, pamiętam, miała wspaniałe dłonie. Bardzo szybko wybuchło między nami uczucie. W czerwcu już byliśmy oficjalnie parą.
Irena: Zbyszek uwiódł mnie niesamowicie niebieskimi oczami i tym, że był taki opiekuńczy. Miał gest i fantazję. Żeby się ze mną spotkać, po pracy w kawiarni - grywał tam na instrumentach klawiszowych do 22.00 - wsiadał w pociąg i jechał do Bartoszczyc na
Mazury, gdzie miałam praktyki w pogotowiu. To mi imponowało.
Zbyszek: Na przełomie lipca i sierpnia wypłynęliśmy w rejs. Nastąpiła eksplozja uczucia. Postanowiliśmy, że się pobierzemy.
Irena: Po powrocie Zbyszek poprosił rodziców o moją rękę. Nie wiem, jak to załatwiliśmy, ale 26 sierpnia wzięliśmy ślub cywilny i zamieszkaliśmy z rodzicami Zbyszka. Mieli dwupokojowe mieszkanie na Ochocie. Dostaliśmy pokój, kuchnia i łazienka były wspólne. Tak żyliśmy przez 17 lat. Wymagało to wiele cierpliwości, tolerancji, wyrozumiałości. Dlatego potem staraliśmy się, żeby nasze dzieci nie były zmuszone z nami mieszkać. Pracowałam w przychodni przyzakładowej i w szpitalu. Miałam dyżury, robiłam specjalizację i praktycznie przez lata nie mieliśmy czasu, żeby się sobą znudzić. Mąż wstawał bladym świtem, bo był zatrudniony w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Mińsku. Pamiętam, jak teściowa przygotowywała mu górę kanapek. Nazywał je jednostkami. Kiedy w 1960 roku urodził się nam syn, mogliśmy liczyć na pomoc teściów. Dzięki temu spotykaliśmy się ze znajomymi, chodziliśmy na koncerty. W dzień synka niańczyła ciocio-babcia, bo ja wróciłam do pracy. Mąż od początku kąpał Piotrusia, co w tamtych czasach było ewenementem.
Zbyszek: Byłem dopuszczany do "brudnej roboty", czyli spłukiwania tetrowych pieluch. Mieliśmy prymitywną pralkę SHL i trzeba było najpierw pieluchy wygotować w garze, później włożyć do pralki, ale ani nie podgrzewała, ani nie płukała, tylko wirowała. A potem się jeszcze prasowało.
Irena: Dlatego, kiedy po 10 latach, nieoczekiwanie zaszłam w następną ciążę, moim największym marzeniem była automatyczna pralka, jaką widziałam w Szwecji, kiedy odwiedzaliśmy tam moich znajomych. Pamiętam wielką radość, gdy udało się nam zdobyć taką pralkę.
Zbyszek: Kupiłem ją Irence za moją nagrodę. Byłem taki szczęśliwy, że spełniam jej marzenie. Do niedawna, każdego 13 przynosiłem żonie kwiaty. Byłem jej wdzięczny za to, że jest ze mną. Nigdy nie dała mi powodów do zazdrości, choć ja pewnie tak. Ufam jej bezgranicznie. Bez słowa znosiła przez 25 lat to, że
muzyka zajmowała w moim życiu wyjątkowe miejsce. Trzy razy w tygodniu chodziłem na próby zespołu, w niedziele i święta grywałem na imprezach.
Irena: Prawie każdego sylwestra brałam dyżur, bo wiedziałam, że na męża nie mam co liczyć. Nie narzekałam, bo mój zawód tak mnie pochłaniał, że miałam swój świat. Oczywiście, kiedy minęło pierwsze zauroczenie - a prędzej czy później zawsze mija - spadły mi klapki z oczu. Wtedy potrzebne jest albo wielkie uczucie, albo rozsądek, a najlepiej i jedno, i drugie. Dużo w związku zmieniają dzieci. Ma się jakieś - często nierealne - wyobrażenia o tym, jakim ojcem powinien być mąż. Trudno zaakceptować to, że jest inny. Zbyszek starał się być dobrym tatą, choć nasz syn jako dziecko był nadpobudliwy i sprawiał wiele kłopotów. Wychowanie córki też nie było łatwe. Dzieci chorowały i musiały wakacje spędzać nad morzem.
Zbyszek: Dlatego poświęciłem się, nie jeździłem zimą na ukochane
narty, tylko cały urlop przeznaczałem na pobyt z dziećmi nad Bałtykiem. Ale nie z żoną, bo byłem jej zmiennikiem. Dopiero teraz, kiedy dzieci dorosły, możemy sobie pozwolić na wspólne eskapady, głównie na działkę, na której wybudowałem dom letniskowy.
Irena: To królestwo męża, ciągle jest czymś pochłonięty. Kiedy przeszedł na emeryturę, zajął się działalnością samorządową, był zastępcą burmistrza dzielnicy Ochota, wydawał lokalną gazetę, opracował dzieje swojej rodziny, łącznie z genealogią. Teraz zabrał się za moich przodków. Ma mnóstwo energii. Ja też - choć już jestem na emeryturze - raz w tygodniu konsultuję pacjentów, działam w Izbie Lekarskiej. Mamy troje wnucząt, które są naszą wielką radością. Z doświadczenia wiem, bo jestem geriatrą, że nie ma nic gorszego jak starsi ludzie, którzy razem żyją, a nie mogą się znieść. My możemy, chyba dzięki temu, że nauczyliśmy się na wiele wad patrzeć przez palce.
Zbyszek: To ambitne zadanie, bo im więcej lat, tym mniej cierpliwości...
Przytulić się i usłyszeć, że kocha Beata i Paweł Anczarscy, 20 lat po ślubie
Beata: Chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce i byliśmy w jednej paczce - również w szkołach średnich i na studiach. Jeszcze w liceum nie przypuszczałam, że Paweł może być dla mnie kimś więcej niż kumplem. Lubiłam z nim rozmawiać, ale pamiętam, jak się zżymałam, kiedy babcia mówiła - "Zobaczysz Beatko, będzie twoim mężem".