Centrum Warszawy w piątkowy wieczór lśni tysiącem latarń i neonów. Knajpy, teatry, kina, puby, kluby rozpychają się po obu stronach ulicy Marszałkowskiej. Mnóstwo pieszych i zmotoryzowanych. Rozpoczyna się karnawałowy weekend, ale nie dla wszystkich to czas zabawy. Nasze bohaterki zamiast szykować się na imprezę, wyruszają do pracy.
Monika Mroczny zaułek w sąsiedztwie Marszałkowskiej. Stara kamienica skrywa agencję towarzyską. Do środka wpuszcza mnie młody, przystojny mężczyzna. Prowadzi do sali z barem i kanapami z mnóstwem poduszek.
- Pani do Moniki? - pyta i wskazuje drzwi za niebieską zasłoną. W pokoju półmrok. Na łożu przykrytym wiśniową narzutą blondynka z loczkami, ubrana w czarny szlafroczek. Siadam na taborecie, czuję się skrępowana.
- Mam tylko pół godziny - zastrzega Monika. - Pracuję każdej nocy i za godzinę spędzoną z klientem dostaję 90 zł. On płaci 220. Chcesz wiedzieć, jak to się zaczęło? - zapala papierosa i pyta, czy może mi zaufać.
Do agencji trafiła trzy lata temu. Pochodzi z niewielkiej miejscowości pod Lublinem. Kiedy dostała się na wymarzoną iberystykę, nie przydzielono jej pokoju w akademiku, a na wynajmowanie
mieszkania nie było jej stać. - Przeczytałam ogłoszenie: "Zatrudnię młode dziewczyny do nocnego klubu". Myślałam, że oferują pracę kelnerki... - wyznaje. Na spotkaniu z pracodawcami po 15 minutach rozmowy zażądano, żeby się rozebrała. - To był szok! Chciałam się zapaść pod ziemię, ale Diana, dziewczyna, która tam była (potem się zaprzyjaźniłyśmy), wyjaśniła mi, że nikt nie będzie żądał, żebym wystawała na ulicy. Specjalnością tej agencji jest proponowanie towarzystwa dziewczyny pięknej, ale takiej, z którą można nie tylko uprawiać seks, ale też porozmawiać. Diana nauczyła mnie wszystkiego, nadal opiekuje się mną jak siostra. Jestem nocnym motylem, latam blisko ognia. Mam nadzieję, że nie spłonę... - Monika nerwowo gasi papierosa.
Po pierwszym kliencie strasznie płakała, chciała uciec, ale Diana przekonała ją, że jeśli zostanie, już więcej nie będzie musiała liczyć się z każdą złotówką. - W domu się nie przelewa, a teraz to ja mogę im pomóc. Nie wiedzą, gdzie pracuję. Myślą, że jako modelka. Zaczynam pracę o 21., pół godziny zajmują mi przygotowania, kończę o świcie. Średnio mam trzech, pięciu klientów, góra siedmiu. Są też stali, którzy mi się zwierzają, płaczą. W tej agencji są ściśle określone zasady: wszystko w gumce, żadnych sado-maso, za miłość francuską dopłata 100 zł. Dostaję napiwki, raz nawet kilkaset złotych - chwali się.
Zarabia powyżej 10 tysięcy miesięcznie, ale przeszło połowę zabiera agencja. Musi też dbać o siebie: fryzjer, kosmetyki, ciuchy. Spłaca kredyt za samochód i mieszkanie. - Zostają mi dwa, trzy tysiące, ale nie narzekam. Pieniądze strasznie ludzi psują, mnie też. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Chcesz wiedzieć, jak wygląda moja praca? Klient siada na kanapie albo przy barze. Ochroniarz woła wolne dziewczyny, a klient wybiera jedną. Zazwyczaj to żonaci faceci, na poziomie. Lekarze, prawnicy, dyrektorzy, nauczyciele, artyści. Zazwyczaj zachowują się poprawnie, czasem nawet mnie pociąga- ją, ale nam nie wolno umawiać się z klientami. Raz zdarzył się śmierdzący, pijany cham, ale to ryzyko zawodowe.
Dziewczyny mogą pić w pracy, ale nie wolno im się upić i naćpać. Co kilka miesięcy Monika robi badania na obecność HIV i WR. Miała chłopaka, planowali ślub, pochodził z tej samej co ona miejscowości, ale teraz są tylko znajomymi. - Nie dowiedział się, co robię, ale coraz mniej miałam dla niego czasu - zapala następnego papierosa.
Nie szuka nikogo na stałe, ale ma nadzieję, że kiedyś się zakocha. Założy rodzinę. Nie powie temu wybranemu, czym się zajmowała, zresztą wtedy będzie już panią z dyplomem, może tłumaczką? Bo w dzień Monika zamienia się w studentkę. Zalicza kolejne egzaminy.
Katarzyna W piątkową noc i praktycznie przez cały weekend pracuje taksówkarka Kasia Sulkowska. Studiuje na Politechnice Warszawskiej inżynierię samochodową i sama wychowuje pięcioletnią córkę. - Gdyby nie mama, z którą mieszkam, nie poradziłabym sobie. Już drugi rok jeżdżę. Głównie nocami, wtedy mam więcej kursów, ruch jest mniejszy i nie mam zajęć na uczelni. Nie boję się, bo mam stałą łączność z centralą, przycisk alarmowy, mogę też włączyć koguta, ale ryzyko jest zawsze. Nocą nie jeżdżę na Pragę, bo kilka razy miałam tam do czynienia z chamstwem. Wolę wieźć pijanego. Zagadam do niego ciepło, jak mamusia, że za chwilę położy się do łóżeczka. Choć raz taki delikwent zapadł w kamienny sen i musiałam prosić kolegów o pomoc. Kiedyś facet zwymiotował mi w wozie, ale drogo go to kosztowało. 300 zł za czyszczenie tapicerki, 300 zł za stratę dniówki w weekend, plus opłata za kurs - opowiada.
Prawo jazdy ma od 17. roku życia. Chciała być kierowcą autobusu miejskiego, ale kurs trwał długo i był drogi. Wybrała taksówkę. Zmieniała korporacje. - Nic nie oferowali, a pobierali haracz. Teraz jestem zadowolona, ale muszę dużo jeździć, bo benzyna, naprawy i ubezpieczenie są drogie - mówi.
W weekendy pracuje po 14 godzin, a w tygodniu od piętnastej, szesnastej do pierwszej, drugiej w nocy. W dzień ma zajęcia na uczelni, odprowadza córkę do przedszkola, rzadko kładzie się spać. - Lubię tę pracę, bo lubię jeździć, dysponować swoim czasem i mieć kontakt z ludźmi. Klienci są różni. Sympatyczni i otwarci, ale też zdystansowani, traktujący mnie jak tłuka. Nie narzucam się, nie zagaduję, staram się wyczuć, czy mają ochotę na rozmowę. Zdarza się, że proponują mi spotkanie, ale nie umówiłam się dotąd.
Kasi brakuje czasu na kontakty z córką. Tylko raz w miesiącu lub rzadziej może ją zabrać do kina, na spacer, czasem jadą na wycieczkę i na bocznej drodze sadza sobie córkę na kolanach, a ona kieruje. W wakacje miała pięć dni urlopu. Ale zalicza kolejne lata studiów, zdobyła licencję taksówkarza. Marzy o tym, żeby przenieść się na wydział inżynierii lądowej i pracować przy wycenie
nieruchomości. - To by mi odpowiadało, bo nie siedzi się tylko przy biurku, ale też działa w terenie. Poza tym wyspałabym się i w weekendy miałabym czas dla córki.
Magdalena Położna ze Szpitala św. Zofii, Magdalena Modrzejewska, również ma wyrzuty sumienia, że za mało czasu spędza ze swoją 6-letnią cór- ką Moniką. Choć wygląda jak nastolatka, ma już pięć lat stażu w zawodzie położnej, który okazał się jej przeznaczeniem. - Jeździłam konno, studiowałam biologię i ochronę środowiska. W końcu postanowiłam, że zostanę położną - opowiada.
Ukończyła
studia na Akademii Medycznej i od razu trafiła do Szpitala św. Zofii. Tu położne mają dużą samodzielność, ale też odpowiedzialność. Same, bez lekarza, przyjmują porody, jeśli przebiegają one bez komplikacji. Są zachęcane do otwierania własnej działalności. - Od trzech lat dodatkowo prowadzę szkołę rodzenia, oferuję usługi akuszerskie, prowadzę ciążę fizjologiczną. W większości krajów UE to standard, u nas nowość.
W szpitalu pracuje w systemie zmianowym. Nocny dyżur trwa od 19. do 8. Rzadko jest spokojny, z reguły rodzi się kilkoro dzieci. - Każdy poród jest inny. Najbardziej lubię naturalne, bo kobieta z tego doświadczenia wychodzi mocniejsza. Wie, że się sprawdziła. Coraz częściej kobiety chcą rodzić "po amerykańsku" - ze znieczuleniem i z pilotem w ręku. A znieczulenie zakłóca naturalny przebieg akcji porodowej i wtedy mogą wystąpić komplikacje - przestrzega.
Nie jest też zwolenniczką obecności partnera przy porodzie. Uważa, że większość mężczyzn źle się czuje w tej roli. - Najpierw się nudzą, a potem wpadają w panikę. Przeraża ich też sama fizjologia. Namawiam do rodzenia razem z mamą, przyjaciółką - bliską kobietą, która sama rodziła. Od wieków rodzącym towarzyszyły kobiety, nie mężowie. Lepiej się sprawdzają. Są cierpli- we, empatyczne, a rodząca nie przejmuje się tym, jak wygląda.