Tomasz Raczek i Marcin Szczygielski coming outu dokonali ponad rok temu, jednak parą są już od kilkunastu lat. W jednym z wywiadów opowiadali, że poznali się w przeddzień sylwestra, a już następny wieczór spędzili razem w Teatrze Wielkim na operze. Ujawnili się, gdy Marcin Szczygielski w 2007 roku wydał powieść "Berek". Zaraz po tym gościli w wielu programach i na łamach licznych czasopism. A niecały rok później zostali wybrani najpiękniejszą parą przez czytelników "Gali". Był to wybór bez precedensu. Zwycięzcami plebiscytu w poprzednich latach byli: Joanna
Kos-Krauze i Krzysztof Krauze, Kasia Cichopek i Marcin Hakiel, Anna Maria Jopek i Marcin Kydryński. Wręczenie "Róży" Raczkowi i Szczygielskiemu relacjonował program 2 TVP. Wszystko pięknie, ale... dyrekcja "Dwójki" zrezygnowała z transmisji imprezy w tym roku. Oficjalny powód: "dokonanie oceny merytorycznej". Nieoficjalnie mówi się, że zarządowi nie spodobał się ostatni wybór najpiękniejszej pary.
Oni żyją wśród nas - Dla społecznego wizerunku homoseksualistów, ujawnienie się Tomasza Raczka jest bardzo dobre - mówi Robert Biedroń, szef Kampanii Przeciw Homofobii. - To dojrzały mężczyzna, o autorytecie i z długim stażem w związku. Dzięki takim coming outom ludzie widzą, że homoseksualista to nie zboczeniec z piórkami w pupie. I że wbrew stereotypom jest w stanie żyć w stałym związku. Ludzie zaczynają zauważać, że to nie jest jakaś
moda, że homoseksualiści nie zostali sprowadzeni z zagranicy, ale że żyją wśród nas.
Mimo to Biedroń uważa, że cały czas jesteśmy jednak jednym z najbardziej homofobicznych krajów w Europie. - Przypomnijmy też, że Tomasz Raczek może sobie pozwolić na ujawnienie się ze względu na pozycję, jaką już osiągnął, ale zupełnie inaczej wygląda sytuacja górnika, żołnierza, pielęgniarki czy nauczycielki.
Trafić w geja jajem... Poziom tolerancji dla homoseksualizmu w naszym kraju bywa różny. Przypomnijmy choćby losy kampanii społecznej sprzed zaledwie pięciu lat "Niech nas zobaczą". Miała ona przeciwdziałać dyskryminacji ze względu na orientację seksualną, a zorganizowała ją Kampania Przeciw Homofobii. Na billboardach w Warszawie, Krakowie, Sosnowcu i Trójmieście miały się wtedy pojawić zdjęcia 30 homoseksualnych par. W ostatniej chwili firma AMS, która miała się tego podjąć i rozmieścić 500 citylightów, wycofała się z projektu. Ostatecznie plakaty rozwiesił Cityboard Media, po krótkim czasie jednak wycofał się, bo wiele plakatów zostało zniszczonych. W następnych latach kolejne problemy napotykali organizatorzy Parad i Marszy Równości. Te kolorowe demonstracje miały pokazać obecność mniejszości seksualnych i ich problemy z dyskryminacją. Bez przeszkód parady przeszły ulicami Warszawy w 2001, 2002 i 2003 roku. Jednak w 2004 roku przemarszu zakazał Lech Kaczyński, który jeszcze wtedy był prezydentem Warszawy. W 2004 roku w odpowiedzi odbył się przed stołecznym ratuszem Wiec Wolności, a w 2005 - nielegalna parada, w której wzięło udział wielu lewicowych polityków: Izabela Jaruga-Nowacka, Tomasz Nałęcz, Maria Szyszkowska i Kazimierz Kutz. Na jej uczestników czekała Młodzież Wszechpolska. Na demonstrantów poleciały jajka.
Ale Warszawa - można tak powiedzieć - i tak była w tym czasie stolicą tolerancji. Mniej szczęścia mieli bowiem uczestnicy podobnych imprez w Poznaniu i Krakowie. W 2004 roku podczas Marszu Równości w Poznaniu doszło do ostrych starć z kontrmanifestantami, którzy zatrzymali pochód. W 2005 roku marszu zakazał prezydent Poznania Ryszard Grobelny (później sąd orzekł, że bezprawnie). Zorganizowano nielegalną demonstrację. Wtedy uczestnicy zostali potraktowani kamieniami, jajkami, butelkami, homofobicznymi hasłami typu "Pedały do gazu" i "Zrobimy z wami, co Hitler z Żydami". Do akcji wkroczyła
policja i zablokowała ulicę oraz przemarsz. Z kolei krakowski Marsz Tolerancji w 2006 roku został zaatakowany przez kilkuset skinheadów i chuliganów. Do bezpośredniej konfrontacji nie dopuściła policja, ale chuligani obrzucali uczestników marszu wyzwiskami i próbowali w nich rzucać kamieniami. W związku z zakazem i rozbiciem Marszu Równości w połowie grudnia 2005 dwie agendy ONZ wystosowały interpelacje do polskich władz.
Od 2006 roku parady chodzą ulicami polskich miast bez większych problemów. Ale zawsze towarzyszą im również antykampanie homofobów. Podobnie jest z każdym innym aspektem homoseksualizmu pojawiającego się w przestrzeni publicznej. Gdy IKEA w zeszłym roku w swoim katalogu z meblami jako rodzinę pokazała parę gejów, do akcji od razu wkroczył skrajnie katolicki kwartalnik "Fronda". I wezwał do bojkotu sklepów.
..i zwolnić z pracy Osoby o orientacji homoseksualnej z dyskryminacją spotykają się również w życiu codziennym. Problemy, z którymi najczęściej się zgłaszają do pracowników Kampanii Przeciw Homofobii to: przemoc w rodzinie, psychiczna i fizyczna, zarówno ze strony rodziców, jak i rodzeństwa, nieakceptacja siebie, dyskryminacja. Największym problemem jest zwalnianie z pracy. Nie za orientację seksualną, bo to jest niezgodne z kodeksem pracy, ale pretekst zawsze się znajdzie. Najczęściej spotyka to nauczycie- li, osoby pracujące z dziećmi i pracowników sektora usług, np. restauracji, hoteli.
„Idę korytarzem szkolnym, słysząc słowa «Kretyn z Parady Równości », «Jesteśmy równi », «Pedał », «Ciota », ale zdarzają się również popychania, pokopania, poniżenia w stylu «Zrób mi loda za 1 zł, wiem, że umiesz »”.
"Grupa młodych osób z mojej miejscowości wielokrotnie zaczepiała mnie, by wyjaśnić mi dobitnie, że nie ma tu miejsca dla lesbijek. Były zaczepki słowne i fizyczne".
„Agresywne stwierdzenia typu «Jak ja nie lubię pedałów » wymierzone w próżnię i wypowiedziane półgłosem, ale wyraźnie słyszalne”.
Te wypowiedzi i wiele innych, podobnych, przeczytać można w raporcie z lat 2005 i 2006 "Sytuacja społeczna osób biseksualnych w Polsce" przygotowanym przez Kampanię Przeciw Homofobii.
- Moja matka po prostu odcięła mnie od pieniędzy i musiałem sobie radzić sam. Byłem wtedy na studiach - opowiada Tomek, który na uczelnię do Warszawy przyjechał z Lublina. Od tamtej pory na ten temat w ogóle ze sobą nie rozmawiają, a ich relacja nie układa się najlepiej.
- Gdy powiedziałam rodzicom, że spotykam się z dziewczyną, matka kazała mi przestać. Mój ojciec płakał. Ten koszmar trwał następne trzy lata. A dopiero mniej więcej po pięciu latach
rodzice się przyzwyczaili - tę opowieść usłyszałam od 25-letniej warszawianki. Jej koleżanka za nic na świecie nie chce, żeby w pracy się ktoś o jej orientacji dowiedział, ponieważ uczy
dzieci w szkole językowej. Jest pewna, że dla rodziców, przynajmniej niektórych, byłby to problem, a ona mogłaby nawet stracić pracę. Tego boją się nie tylko nauczyciele, ale nawet pracownicy tych sektorów, które mają opinię najbardziej liberalnych.
- Bałabym się ujawnić swoją orientację w pracy. Żyjemy w kraju, w którym bardzo łatwo można zostać zwolnionym za to, że się jest homoseksualistą - mówi Anka, która pracuje w agencji reklamowej. Opowiada też, że gdy któregoś razu złapała swoją dziewczynę za rękę na ulicy, ktoś krzyknął w ich stronę: "lesby".
Wiele osób woli się nie ujawniać w pracy nie tylko ze strachu przed zwolnieniem, ale również w obawie utraty szansy na awans. Taki brak awansu w przypadku osób o orientacji homoseksualnej opisywany jest jako zjawisko tak zwanego "pink ceiling", czyli różowego sufitu. Nazwa nawiązuje do "szklanego sufitu" - zjawiska polegającego na tym, że kobietom trudniej jest awansować na wyższe stanowiska niż mężczyznom. Ten "szklany sufit" to niewidzialna bariera oddzielająca je od awansu, przede wszystkim w biznesie i polityce. Analogicznie "różowy sufit" oddziela od awansu osoby homoseksualne.
Optymizmem może natchnąć fakt, że zdarzają się również i historie pozytywne. - Nie opowiadam każdemu, ale jednak większość osób wie. I nigdy nie spotkało mnie nic negatywnego. Od mojej rodziny usłyszałam kiedyś, że przeżywam piękne uczucia - opowiada Karolina, 30-latka z Warszawy.