Życie za wszelką cenę

Małgorzata Szamocka
A A A Drukuj
Eutanazja Fot. BE&W Eutanazja
W nowojorskim szpitalu pacjenta z fioletową bransoletką z napisem DNR (Do Not Resuscitate - Nie reanimować) lekarze nie ratują za wszelką cenę. Czy w Polsce będzie niedługo podobnie?

Fot. Grażyna Makara / TP TP
Fot. Jacek Łagowski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Nowoczesna aparatura medyczna coraz skuteczniej przedłuża życie tych, których niegdyś lekarze nawet nie próbowaliby ratować. Tymczasem wiele osób nie chce pogodzić się z tym, by ich najbliżsi przez lata trwali w stanie wegetatywnym. Z sondą w żołądku, igłą w żyle, z odleżynami. Modlitwa: "Od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie..." - nie chce nam przejść przez gardło, bo w XXI wieku chcielibyśmy umrzeć szybko i bezboleśnie.

Sąd wybiera śmierć

Kilka tygodni temu z zapartym tchem obserwowaliśmy włoską batalię o życie pogrążonej od 17 lat w nieodwracalnej śpiączce po wypadku na motocyklu Eluany Englaro. Przez 10 lat jej ojciec walczył o możliwość odłączenia córki od aparatury dostarczającej pokarmu. Choć serce i płuca dziewczyny pracowały bez wspomagania. Choć opiekowały się nią zakonnice w hospicjum w Lecco. Raz dziennie sadzały ją w wózku inwalidzkim i wiozły na spacer po ogrodzie. Potem kładły do łóżka, nad którym porozwieszano fotografie Eluany z dzieciństwa. Zakonnice wierzyły, że może stanie się cud i ich podopieczna odzyska świadomość, a wtedy może rozpozna się na zdjęciach?

Dlaczego jej ojciec uznał, że lepsza dla córki będzie głodowa śmierć niż takie życie? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Beppino Englaro udało się przekonać sąd najwyższej instancji, że Eluana na pewno nie chciałaby być poddawana uporczywej terapii. I choć nie miał spisanej jej woli w formie testamentu życia, to podobno rozmawiał z nią na ten temat.

Podstawy egzystencji

Czy tak było naprawdę? Przecież córka w dniu wypadku miała 22 lata i nigdy wcześniej nie chorowała, a potem już nie odzyskała świadomości. Latem 2008 r., kiedy ojciec wygrał batalię sądową o prawo do przerwania żywienia córki, żaden włoski szpital nie chciał się tego podjąć. Na początku lutego zdecydował się na to dom opieki w Udine. Eluana zmarła kilkadziesiąt minut po tym, jak włoski senat rozpoczął debatę nad ustawą zakazującą zaprzestania terapii osób w stanie wegetatywnym. Informacja o jej śmierci spowodowała we włoskim senacie awanturę i wzajemne oskarżenia. "Eluana nie umarła, została zabita!" - krzyczał senator Gaetano Quagliarello. Mogła trwać przy życiu jeszcze przez wiele lat w hospicjum, gdzie siostry zakonne oferowały bezpłatną i dozgonną pomoc.

Czy sztuczne karmienie można zaliczyć do uporczywej terapii? Papież Jan Paweł II, opowiadający się przeciw sztucznemu przedłużaniu życia, udzielił jednoznacznej odpowiedzi w tej sprawie w marcu 2004 r. W czasie rzymskiej konferencji, poświęconej pacjentom pozostającym w stanie wegetatywnym, zaskoczył uczestniczących w niej lekarzy i ekspertów ds. etyki, mówiąc: „Dostarczanie wody i pożywienia, nawet z wykorzystaniem urządzeń, zawsze stanowi naturalny sposób podtrzymywania życia, a nie zabieg medyczny” i dodał, że „odmowa wody i żywności może zostać oceniona jako » eutanazja dokonana poprzez zaniechanie «”. Takie też było stanowisko Watykanu w sprawie śmierci Eluany. Kościół dopuszcza zarzucenie terapii, tylko kiedy odsuwa ona i tak nieuchronną agonię.

Anestezjolog dr Józef Bojko, autor programu "Szpitale bez bólu", również uważa, że jeśli leczenie nie przynosi pozytywnego skutku dla pacjenta, to nie ma sensu kontynuowanie go. Jednak w przypadku Eluany jego zdaniem sąd nie miał prawa wydać takiego wyroku, ponieważ zaprzestanie karmienia nie ma nic wspólnego z zaprzestaniem terapii. "Jeśli ktoś w stanie wegetatywnym jest pielęgnowany, myty, obcina się mu paznokcie, włosy, podaje mu się pokarm i napoje, to nie widzę powodu do tego, by mówić, że jest leczony. Zapewnia mu się podstawy egzystencji" - przekonuje dr Bojko na łamach "Gazety Wyborczej".

Tak dla eutanazji

Przypadek Eluany skłonił wielu Włochów do zastanowienia się, jak zachowaliby się w podobnej sytuacji. W serwisie You Tube pojawiły się wyreżyserowane przez internautów testamenty biologiczne. Przed kamerą deklarują wolę przerwania uporczywej terapii i zgodę na odłączenie aparatury podtrzymującej życie.

W Polsce Radomir Andrzejczak założył stronę internetową www.eutanazja.info. Prowadzi akcję "Tak dla eutanazji". Zbiera oświadczenia ludzi, którzy popierają taką formę zakończenia życia. Znalazł się tu apel o skrócenie życia chorej na stwardnienie rozsiane, 28-letniej Marlenie Ptak. Chorobę stwierdzono u niej w 2002 r., po urodzeniu syna. Przykuta do wózka i coraz bardziej niedołężna zaczęła myśleć o śmierci. Twierdzi, że od żadnej instytucji nie dostała pomocy. "Zdaję sobie sprawę, że część Polaków jest przeciwna wprowadzeniu eutanazji. Nie rozumiem jedynie, jakim prawem zabraniacie mi uwolnić się od codziennego cierpienia. Nie macie pojęcia, jak wygląda moje życie, co czuję, jaki ból sprawia mi każdy kolejny dzień". Do chorej odezwały się osoby, które zaoferowały pomoc, również finansową.

Na swoim portalu Andrzejczak podkreśla, że gdyby był w podobnej sytuacji jak Marlena, nie chciałby wegetować przez resztę życia, chciałby móc wybrać śmierć. Jego zdaniem sprawę mogłyby rozwiązać dobrowolne deklaracje o woli poddania się eutanazji, podpisywane jeszcze "za normalnego życia". Nieuleczalnie chory człowiek po upływie jakiegoś czasu musiałby podtrzymać wcześniejszą decyzję, aby można było przerwać zabiegi podtrzymujące życie. Pod jego apelem podpisało się do tej pory ponad 500 osób.

Pozwólcie go zabić!

Pierwszym Polakiem, który dwa lata temu poprosił o zaprzestanie uporczywej terapii był, całkowicie sparaliżowany, Janusz Świtaj. We wniosku do sądu napisał, że jego rodzice starzeją się i nie mają siły na sprawowanie nad nim opieki, więc błaga, by pozwolono mu zdecydować o tym, jak i kiedy umrze. Teraz jego życie zmieniło się nie do poznania: napisał książkę, ma przyjaciół, uczy się i wreszcie może wyjeżdżać z domu. Jednak swojego wniosku nie wycofał. Uważa, że w ten sposób wywoła dyskusję o godnej śmierci.

Niemal co trzeci Polak otwarcie przyznaje, że jest za legalizacją eutanazji. Blisko połowa zamierza podpisać testament życia - pokazuje sondaż przeprowadzony dla "Newsweeka". Nawet premier Donald Tusk zachęca do zorganizowania debaty o eutanazji: "Musimy o tym zacząć rozmawiać ludzkim językiem, a nie językiem partyjnych połajanek".

Niedawno polską opinią publiczną wstrząsnęła historia pani Barbary Jackiewicz, której czterdziestoletni syn od ćwierć wieku leży bez kontaktu ze światem. Krzysztof cierpi na powikłanie po odrze, na którą chorował w dzieciństwie. W wieku 16 lat stracił przytomność, a potem zmutowany wirus doszczętnie spustoszył jego mózg. Lekarze twierdzą, że nie wróci do zdrowia. W programie "Teraz My" w telewizji TVN jego matka zadeklarowała, że mogłaby podać synowi śmiertelny zastrzyk. Mimo że nazywa go rośliną, z poświęceniem opiekuje się nim od 24 lat i kocha go ponad wszystko.

Prof. Marek Safian, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, na łamach "Newsweeka" uważa, że zalegalizowany przez prawo testament życia tylko pozornie rozstrzygałby takie problemy jak Eluany czy Krzysztofa. "Testament życia dotyczy bowiem stosowania uporczywej terapii w fazie terminalnej - miałby stanowić nakaz dla lekarza, który chciałby wydłużać sam proces umierania za pomocą takiej terapii. Ale w takich wypadkach jak Eluany problemem nie jest brak testamentu życia, lecz spór o to, czym jest to trwanie pomiędzy życiem a śmiercią w nieodwracalnym stanie nieświadomości." Prof. Safian podkreśla, że uznanie, że ciało, które nie oddycha bez respiratora, nie jest już człowiekiem, budzi intuicyjnie nasz moralny sprzeciw. "Problem nie leży w testamencie życia, ale w tym, jak rozstrzygniemy ostatecznie w kategoriach moralnych i prawnych, czym jest wegetatywne trwanie" - mówi prof. Safian. Dla wielu osób odłączenie człowieka od aparatury wiele lat po jego nieodwracalnej śmierci mózgowej nie jest morderstwem. Dlatego potrzebne jest prawo. Prawo w wielu krajach Unii Europejskiej istniejące. Ale przestrzega przed przyjęciem generalnej zasady, że zależny od nas człowiek może umrzeć, kiedy my zechcemy.

Tysiące pytań

Temat testamentu życia - propozycji, by każdy Polak mógł zadeklarować, że nie chce, by ratowano go na siłę lub utrzymywano w śpiączce - został wywołany przez Jarosława Gowina, kierującego zespołem do spraw ratyfikacji Europejskiej Konwencji Bioetycznej. Dokument ten czeka już 11 lat na ratyfikację przez Polskę. Jest w nim bardzo istotny zapis, który mówi, że "należy brać pod uwagę wcześniej wyrażone życzenie pacjenta co do interwencji medycznej, jeżeli w chwili jej przeprowadzenia nie jest on w stanie wyrazić swojej woli". W wielu państwach Europy, między innymi w Belgii, Danii, Holandii i Szwecji od dawna można sporządzić podobne oświadczenie. W Polsce decyzja należy do lekarzy, którzy kierują się zasadą ratowania życia do oporu. - A nam chodzi o to, by uszanować podmiotowość pacjenta i jego prawo do godnej śmierci - publicznie deklaruje poseł Gowin.

Zdaniem prof. Andrzeja Zolla, żeby nowe przepisy były skuteczne, powinny być niezwykle precyzyjne. Na łamach "Newsweeka" zastanawia się nad tym, co z osobami, którym religia nie pozwala np. na transfuzję krwi? Co z niedoszłymi samobójcami - czy ich pożegnalny list może być uznany za testament życia? Czy rodzice będą mogli podejmować decyzję w przypadku leczenia ich dzieci? Na te pytania trzeba odpowiedzieć. Lekarz nie może zastanawiać się, czy realizując wolę pacjenta, nie naraża się na zarzut zaniechania ratowania życia.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.