Powiem, co pani dolega! - łysiejący mężczyzna w średnim wieku łapie mnie za dłoń i przyciąga do siebie. Uśmiecha się, jednak jego spojrzenie jest przeszywające. Ubrany w czarny bezrękawnik, beżową koszulę i krawat w ostrych odcieniach amarantu i zieleni wyróżnia się z tłumu innych uzdrowicieli, którzy zjechali na warszawskie Targi Medycyny Naturalnej (podobnych imprez w ciągu roku jest kilkadziesiąt we wszystkich większych miastach). Choć staram się wyrwać z uścisku, nie puszcza, tylko wpatruje się w moją twarz. - Nie jest pani zdrowa, a ja mogę pomóc, proszę mi pozwolić - przekonuje.
BŁĄDZĄCE SERCA I PIJAWKI
Zanim odpowiem, mężczyzna już jest za moimi plecami, jedną ręką pochyla mi głowę, drugą uciska kości czaszki. Łapie za łydki, tak mocno, że krzyczę z bólu. - Widzi pani, jakie są zaburzenia! - przekonuje i ogląda kostki dłoni, kąciki oczu. Czuję się coraz bardziej niepewnie. - Pani organizm jest kompletnie zanieczyszczony! - prawie krzyczy.
Żeby dowiedzieć się więcej, muszę umówić się na spotkanie z nim - naturoterapeutą Sławomirem N. Wtedy zdiagnozuje moje dolegliwości. Po namyśle zgadzam się, w końcu jestem dziennikarką i chcę sprawdzić na sobie "cudowne" działanie uzdrowicieli. Uważa też, że przed wizytą powinnam zapoznać się z treścią jego poradnika zdrowia i urody, który, podobno, stał się bestsellerem 2004 r. Ze wstępu dowiaduję się, że odkrywa on świat medycznych oszustw i że otrzymam (za 30 zł) unikalny zasób wiedzy, który ustrzeże mnie przed wieloma chorobami. Na miejscu pan Sławomir proponuje zabieg (50 zł) poprawiający widzenie. Rzeczywiście, mam niewielką wadę wzroku (-1) i astygmatyzm, ale na co dzień nie noszę okularów.
Na Targi Medycyny Naturalnej przyjechało ok. 100 wystawców - co drugi to wróżka lub jasnowidz, szaman, egzorcysta, bioenergoterapeuta, masażysta, radiesteta, kręgarz, irydolog (diagnozuje z tęczówki oka) czy też specjalista od leczenia pijawkami. Cała ta armia cudotwórców "leczy" ponoć nie tylko zaburzenia trawienia czy nerwice, ale również niepłodność, nadciśnienie, cukrzycę, kamicę nerkową oraz wszelkie rodzaje nowotworów. Mają cudowne leki: sok z owoców noni, yerba mate, preparaty z vilcacory, pręty magnetyczne i bransoletki, "błądzące" serca ze stali, które usuwają bóle głowy, stawów i kręgosłupa, oraz suplementy diety - wspomagające również leczenie nowotworów. Prawie każdy z uzdrowicieli chwali się, że ma na koncie setki potwierdzonych "cudownych" wyzdrowień. Ale kto to sprawdził?
"CUDOWNY" BIZNES
Możliwości weryfikacji są niewielkie. Wystarczy zgłosić w gminie, że prowadzi się działalność gospodarczą i już można uzdrawiać. Dlatego w Polsce osób zajmujących się medycyną niekonwencjonalną jest kilkadziesiąt tysięcy, z czego koło tysiąca zdało egzaminy różnych stowarzyszeń bioenergoterapeutycznych. Obroty rynku, na którym uzdrowiciele, wróżki, astrologowie i radiesteci świadczą usługi, dawno przekroczyły miliard złotych rocznie. Mimo kryzysu nie narzekają na brak zainteresowania swoimi usługami. Dziś z tej formy "pomocy" - jak szacują lekarze - korzysta ok. 60 proc. chorujących na nowotwory.
- Z pacjentami leczącymi się "niekonwencjonalnie" mamy do czynienia na onkologii na co dzień - mówi dr n. med. Andrzej Cichocki. - Nie zawsze wierzą oni w skuteczność takich działań, ale w sytuacjach beznadziejnych szukają każdej opcji. Gorzej, że niekiedy są to pacjenci, którym może pomóc klasyczna medycyna, tymczasem odwlekają leczenie albo nawet rezygnują z niego na korzyść "terapii" niekonwencjonalnej. Jeśli pacjent chce się leczyć u np. bioenergoterapeuty, nie mówię nie, ale proszę, żeby równolegle nie zaniedbywał klasycznego leczenia. Jednak przez ponad 30 lat pracy nie spotkałem żadnego przypadku wyleczenia choroby tymi metodami. Dowodów nikt dotąd nie przedstawił.
Najgorzej, jeśli chory po wizycie u uzdrowiciela rezygnuje z zabiegu operacyjnego lub chemioterapii. W Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad zmianą przepisów, które mają usunąć z rynku ludzi, którzy nie posiadając odpowiednich kwalifikacji, narażają życie i zdrowie pacjentów. Ustawa ma uporządkować sytuację 23 zawodów paramedycznych (w tym dietetyków, fizjoterapeutów, masażystów, psychoterapeutów). Takie uregulowania wprowadzono już w Niemczech, Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Portugalii i na Węgrzech. Również Komisja Europejska już wkrótce zamierza zająć się kontrolą rynku medycyny niekonwencjonalnej.
NAJWAŻNIEJSZA OKRĘŻNICA
Pan Sławomir przyjmuje mnie w specjalistycznej przychodni medycyny naturalnej w centrum Warszawy. Najpierw długo mi się przygląda bez słowa, dotyka poszczególnych części ciała, od czubka głowy po palce nóg. Ma coraz bardziej zatroskaną twarz, pyta, czy czuję mrowienie i ciepło w ciele. Tymczasem ja mam gęsią skórkę i dreszcze. Jestem coraz bardziej spięta. - Trzeba panią doenergetyzować - postanawia. Po czym wyczynia nade mną dziwne okrężne ruchy rękami, a przy tym cały czas przeszywa mnie wzrokiem. Pulsuje mi w skroniach. Tracę rachubę czasu. Moje ciało jest jak z waty. Czy będę w stanie wstać i wyjść z gabinetu?
- Nie jest dobrze. Ma pani cukrzycę drugiego typu, piasek w nerkach, problemy z krążeniem i kompletnie zatkaną okrężnicę. A najgorzej, że wyczuwam początki nowotworu jelita grubego - spokojnie wylicza pan Sławomir, trzymając mnie za rękę. No nie, wszystko się we mnie gotuje. Mam tyle chorób? Jak to? Na jakiej podstawie taka diagnoza? Ale z kamienną twarzą zadaję pytanie, co wobec tego powinnam robić. Mogę oddać się w ręce lekarzy, ale czy warto? Zapiszą mi mnóstwo kosztownych badań i leków, które tylko obniżą odporność mojego organizmu. Pan Sławomir radzi nie wpadać w panikę, bo już wiele osób z dużo gorszych chorób wyciągnął.
Na początek powinnam dokładnie przestudiować jego książkę i zacząć żyć według jego zaleceń. No i oczywiście regularnie oczyszczać swój organizm z toksyn i pasożytów, a przede wszystkim jelito grube. Opowiedział mi, że miał podobne dolegliwości przed laty, kiedy przebywał w Toronto. Tam poddał się oczyszczającej kuracji specjalnymi ziołowymi preparatami i zdrowotne problemy zniknęły. Choć z wykształcenia jest inżynierem, zaczął studiować medycynę naturalną i uzyskał w Kanadzie prawo wykonywania zawodu naturoterapeuty w specjalnościach irydologia, refleksologia (terapeutyczny masaż uciskowy) i energoterapia. Do oczyszczenia organizmu polecił mi - podobno świetny - polski preparat, który składa się z trzech produktów, w cenie tylko 250 zł (później z ulotki produktu dowiedziałam się, że pan Sławomir jest krajowym konsultantem tych właśnie preparatów). Mogę od razu je nabyć i rozpocząć stosowanie. Zaprasza na wizytę za dwa tygodnie (koszt to 100 zł), podczas której podda mnie leczącym zabiegom energoterapii i refleksoterapii.
Ja jednak umawiam się na wizytę do lekarza. Postanawiam sprawdzić, na ile diagnoza postawiona przez pana Sławomira jest słuszna.
OBERON PRAWDĘ CI POWIE
Wybieram gabinet Bogusława D., jak czytam w internecie, lekarza medycyny. Bada stan zdrowia specjalnym urządzeniem - Oberonem, które skanuje organizm człowieka, podobno nawet lepiej niż rezonans magnetyczny. Ciekawe, jakie choroby potwierdzi? Niełatwo umówić się na pierwszą wizytę - Bogusław D. jest tak oblegany, że najbliższy wolny termin ma za miesiąc. Na szczęście ktoś rezygnuje i dowiaduję się, że przyjmie mnie już następnego dnia.
Mimo, że jego gabinet mieści się w pępku stolicy, niełatwo do niego trafić. Na przyciemnionych witrynach widnieje mało rzucający się w oczy napis "badania lekarskie". Przytulnie urządzone wnętrze, z dostępem do komputera, wbudowanym akwarium w ścianie i witryną wypełnioną buteleczkami z lekami, sprawia profesjonalne wrażenie. Brakuje jedynie wizytówek lekarza i folderów informujących o zabiegach.
Recepcjonistka uprzedza, że muszę poczekać. Po pół godzinie wita mnie uściskiem ciepłej, pulchnej dłoni korpulentny mężczyzna w średnim wieku, o rozbieganych oczach. To Bogusław D., który uśmiechając się, zaprasza do gabinetu. Obszerny pokój wypełniają półki, kanapa i olbrzymie, zarzucone medycznymi książkami biurko z komputerem. Pan doktor sadowi mnie na jednym z foteli i przystępuje do klasycznego lekarskie- go wywiadu. Na pytanie, co mi dolega, odpowiadam, że syndrom przewlekłe- go zmęczenia, osłabienie i brak chęci do życia. Pada następne pytanie: czy mam plomby amalgamatowe. Odpowiadam, że nie wiem. Zagląda mi do ust i stwierdza, że mam dwie. - Proszę je usunąć. Uwalnia się z nich rtęć, która panią zatruwa - przekonuje.
TRZEBA DOENERGETYZOWAĆ
Następnie wkłada mi na uszy wielkie słuchawki i przestrzega, że będę słyszała piski i trzaski. Włącza lampkę, w której zamiast żarówki pali się czerwona dioda, skierowana na moją twarz. W uszach mi dzwoni (to podobno induktory magnetyczne wysyłają impulsy i w ten sposób kod informacyjny zostaje przekazany do analizy i przetworzony przez program), a na ekranie komputera zaczynają wyświetlać się rysunki przekrojów poszczególnych części ciała, od stóp poczynając. W niektórych punktach pojawiają się czerwone drgające plamki, wyświetlają się trójkąty, sześciokąty, kwadraty z jakimiś zaszyfrowanymi informacjami. Zapytany o nie pan Bogusław unika odpowiedzi, prosi tylko, żebym spokojnie siedziała, po czym wychodzi z gabinetu. "Skanowanie" trwa prawie godzinę. Widzę przekroje skóry, kości, rdzenia, trzustki, wątroby, jelit, nerek. A wszystko tańczy, drga, ukazuje się w różnych widokach, z przodu, tyłu, z lotu ptaka. Kiedy znikają rysunki, pojawiają się wykresy, liczby, opisy. W końcu jednostajne buczenie sygnalizuje koniec badania. Po chwili wchodzi doktor. Kiedy chcę zdjąć słuchawki, oponuje. - Trochę panią doenergetyzuję - mówi. Na ekranie pojawia się widok kręgosłupa szyjnego z zaznaczonymi na czerwono punktami. Pan Bogusław najeżdża na nie myszką. - W ten sposób wysyłam wiązkę fal, które pomogą pani na rozluźnienie na- pięć mięśni - tłumaczy. Nic nie czuję. Po kilku takich "doładowaniach" pan Bogusław uwalnia mnie od słuchawek i nieznośnych dźwięków. - Mogę pani od razu pomóc, dlatego proponuję body detox. To taki rewolucyjny sposób głębokiego oczyszczenia i przywrócenia równowagi energetycznej - przekonuje. Będę musiała przez 30 minut moczyć nogi w jakimś roztworze i zapłacę za to 30 zł.