Kocham go, kocham, nadal go kocham... - powtarza monotonnie Beata - 35- -letnia katechetka - zaciągając się głęboko papierosem i odpowiadając na moje pytanie: "Dlaczego tyle lat żyje z księdzem?". Stoi w szeroko otwartych drzwiach na taras swojego niewielkiego domu, nie widzę jej twarzy. - Ale skazana jestem na ciągłe ukrywanie się, upokorzenie, rozdarcie, ból. Czekanie, samotność i ciągły strach, że prawda wyjdzie na jaw, że zostanę potępiona... - szepcze nerwowo, zaciskając palce na klamce.
Dla prawie 40-letniej polonistki Magdy, z którą umawiam się w kawiarni, życie z księdzem to w tej chwili jedynie przykre wspomnienia.
- Moja przeszłość jest jak ciężar, który dźwigam codziennie. W tej przeszłości jest właśnie wina, wstyd, złość - wyznaje Magda. Było to dla niej tak traumatyczne doświadczenie, że teraz nie potrafi z nikim się związać, nikomu zaufać.
Inaczej 50-letnia Irena. Ona promieniuje radością. Spotykamy się w jej gabinecie - prowadzi niewielkie biuro podróży. Ma ciepły uśmiech i wyzywające spojrzenie "kobiety po przejściach". Ponad 10 lat czekała, aż jej ukochany Antoni - ksiądz-profesor - zdecyduje się porzucić sutannę, katolicką uczelnię, zamieszka z nią i ich dwoma synami, a ona zostanie jego żoną. Nieważne, że jedynie zarejestrowaną w urzędzie.
- Kompletnie nie mam poczucia winy i długo pracowałam nad Antkiem, żeby i on się go pozbył. Jest w nim wyjątkowa mądrość i taka dobroć, że aż czasem mnie razi i przeszkadza w codzienności. Ale przecież właśnie za to go kocham - przekonuje Irena i pokazuje mi fotografię, na której obejmuje ją wysoki, szpakowaty mężczyzna o niezwykle bystrym spojrzeniu, szczerym uśmiechu, a ona zarzuca mu ręce na szyję.
Chciałam zabić tę miłość Beata. Ulubienica katechetki, w liceum i podczas studiów teologicznych każde wakacje spędzała na oazowych obozach. Na jednym z nich poznała księdza Krzysztofa obdarzonego niesamowitym darem wymowy. Studiował filologię romańską. Młodzieży imponował dosyć liberalnymi poglądami. Dopuszczał picie wina, siedzenie do rana przy ognisku przy dźwiękach gitary.
- Byłam wtedy nieśmiała, trochę nawiedzona. Całymi godzinami potrafiłam się modlić i adorować Najświętszy Sakrament. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Krzysztofa, był w dżinsach i skórzanej kurtce. Spodobał mi się ten wysoki brunet z zielonymi oczami. Pewnie już wtedy się w nim zakochałam, wcześniej nie miałam żadnego mężczyzny poza studniówkowym epizodem. Krzysztof też wydawał się mną zainteresowany. Dopiero na wieczornej mszy okazało się, że to nasz nowy ksiądz. Wtedy zaczęłam się modlić o Bożą pomoc, o ratunek, bo kiedy brałam do ust Pana Jezusa z jego ręki, coś mnie w środku paliło, nogi się pode mną uginały - wspomina Beata. W nocy płakała w poduszkę i błagała Anioła Stróża, żeby odegnał od niej tę grzeszną miłość. Jednak następnego dnia przed katechezą, którą miał prowadzić Krzysztof, założyła wydekoltowaną sukienkę. Potem wyrzucała sobie, że zachowuje się jak babilońska nierządnica. Przecież z nauk o historii Kościoła wiedziała, że św. Hieronim przestrzegał: "Całe zło weszło na świat nie tyle przez szatana, co przez kobietę". - Pamiętam, że Krzysztof bez egzaltacji mówił o miłości do Boga, o tym, że wiara jest darem, który trzeba pielęgnować. Słuchałam, a potem poszliśmy razem na spacer i rozmawialiśmy o najwyższych wartościach. Zaproponował mi pożyczenie książki. Choć bardzo chciałam zabić tę miłość, nie dało się. Któregoś dnia podczas spowiedzi wyznałam mu, że jestem zakochana w księdzu. Spytał, w którym. Odpowiedziałam, że w nim i tak to się wszystko zaczęło... - Beata uśmiecha się do wspomnień, bawiąc się pierścionkiem.
Był moim pocieszycielem Magda. Wiodła uporządkowane życie. Skończyła
studia, pracowała w liceum. Banalna codzienność: wynajęte mieszkanie, trochę kłopotów finansowych i narzeczony, z którym od matury byli parą. Planowali ślub, dzieci, domek na wsi, tymczasem - jak wielu młodych - narzeczony wyjechał za granicę do pracy. Tam nagle się zakochał i już nie chciał wracać. Magda przeżyła zawód miłosny. - Świat mi się zawalił. Nie wiedziałam, gdzie szukać oparcia. Najbliżej było wypłakać się w mankiet sutanny znajomego księdza Mateusza. Uczył religii w liceum, w którym pracowałam. Jak nikt dotychczas potrafił słuchać i nie nawracał mnie na siłę - opowiada Magda, przerzucając z ręki do ręki kluczyki od samochodu. Długo był dla niej tylko pocieszycielem, nie dostrzegała, że jest też mężczyzną. Przyjaźnili się. Chodzili razem do teatru, na wystawy, ale też na kolacje do restauracji. - Trwało to ze dwa lata, ale coraz większe napięcie było między nami. Czułam, że już inaczej na mnie patrzy. Któregoś dnia wpadł do mnie wieczorem oddać płyty i został do rana. Coś nas opętało. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że znaleźliśmy się w łóżku. Rano dręczyły mnie wstyd i wyrzuty sumienia, nie wiedziałam, jak mu spojrzeć w oczy. A Mateusz? Bez słowa włożył sutannę i pobiegł na poranną mszę - wspomina Magda, wbijając wzrok w podłogę.
Znalazłam bratnią duszę Irena. - Wszystko zaczęło się od mojej niewyparzonej gęby. Zawsze i wszędzie było mnie pełno. Uwielbiałam chodzić na wykłady Antka i uwielbiałam zadawać mu najbardziej nieoczywiste pytania. Nazwał mnie "Pani Pytalska" i żartował, że chyba nigdy się ode mnie nie odczepi. I cóż? Rzeczywiście jesteśmy razem już 25 lat i pewnie będziemy do grobowej deski. Antek mówi, że zakochał się w moim intelekcie. Z pochodzenia jestem Żydówką, co było dla niego dodatkowo interesujące - z szelmowskim błyskiem w oku wspomina Irena. Nie pamięta już, kiedy od spotkań w bibliotece przeszli do spotkań w pokoju księdza-profesora. Pamięta natomiast, że zawsze parzył świetną kawę i podawał upieczone przez zakonnice ciasto. - To, co nas z czasem połączyło, było niezwykłe. Rozumieliśmy się bez słów. Znalazłam swoją bratnią duszę i nie obchodziło mnie, że jest starsza o prawie dwadzieścia lat. Dla mnie bezżenność księży to jakaś bzdura. W Biblii nie ma słowa o celibacie. Nie miałam żadnych skrupułów ani nie dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Jednak Antoś bał się skandalu. Związek profesora ze studentką nie jest łatwy do przełknięcia, a księdza-profesora po prostu niemożliwy. Byłam zła, że musimy się ukrywać. Choć na początku było to nawet podniecające - bez oporów wyznaje Irena.
Podwójna linia życia Beata. Właśnie przez tę tajemnicę miłość była tylko ich. - Z nikim nie musiałam się nią dzielić, o niej opowiadać. Żyłam jak w transie i nie przeszkadzało mi, że on musi okłamywać wiernych, a ja księdza na spowiedzi. Wydawało się nam, że dobrze się ukrywamy. Nigdzie razem nie chodziliśmy, wynajmowałam mieszkanie i Krzysztof kiedy tylko mógł, przyjeżdżał do mnie. Gdy zostawał na noc, było to dla mnie największe święto. On był najważniejszy. Nie liczyła się rodzina, przyjaciółki, studia. Błagałam Boga, żeby mi go nie odebrał, żeby pozwolił nam być razem - wspomina Beata, lekko czerwieniejąc na twarzy i szyi.
Po dwóch latach przyszła na świat Marysia. Mimo to on nadal nie był gotowy na wystąpienie z Kościoła, a jej coraz bardziej przeszkadzało życie w takim rozdarciu. - Przecież oboje popełnialiśmy grzech ciężki, obrażaliśmy Boga. W ciąży najbardziej bałam się, że On mnie ukarze i moje dziecko urodzi się kalekie. Poszłam do spowiedzi i wszystko szczerze wyznałam. Nie zostałam potępiona. Usłyszałam, że Bóg jest Bogiem Miłości i nie mam się czego bać. Na pewno mi przebaczy, jeśli naprawdę Go kocham, a ja nigdy kochać Go nie przestałam, więc nie mam się czego obawiać... - zwierza się Beata.
Kiedy urodziła córeczkę, jej bogobojni rodzice byli oburzeni, że ma nieślubne dziecko. Do dziś nie wiedzą, że ojcem ukochanej wnuczki jest ksiądz. Brat coś podejrzewa, choć wprost o tym nie mówi. Kiedyś zasugerował: "Widzę, że sumienie cię zżera. Gdybym go tylko dorwał, to... Jemu jest tak wygodnie, a ty głupia w samotności cierpisz". Najwięcej o niej wie przyjaciółka Zosia, z którą dawniej razem jeździły na oazy. Nigdy jej nie potępiła, modli się za nią i pomaga w wychowaniu Marysi. Zrozumiała nawet to, że kiedy Krzysztof został proboszczem, ściągnął do swojej niewielkiej miejscowości Beatę z dzieckiem. Jako owdowiałą kuzynkę, którą musi się zaopiekować.
- Takie podwójne życie nigdy mnie nie bawiło, ale nie mam wyjścia. Nadal kocham Krzysztofa najbardziej na świecie, a on kocha nas, ale przede wszystkim kocha Boga. Nie chcę, żeby wybierał. Jest dobrym proboszczem, parafianie go szanują. Pewnie są tacy, którzy podejrzewają, że łączy nas coś więcej... Ale jakoś się z tym godzą, jeszcze nikt nie doniósł do biskupa. Jestem zadowolona, bo pracuję jako katechetka w szkole i żyję obok ukochanego mężczyzny. Marysi skłamaliśmy i sądzi, że jej ojciec nie żyje, a wujka Krzysztofa uwielbia. Czy podejrzewa, że łączy nas coś więcej? Raz, kiedy miała trzy latka, wbiegła do sypialni, w której spaliśmy. Teraz bardzo się pilnujemy. Również parafianki nie darowałyby mi, bo wiele z nich kocha się w Krzysztofie. Jest taki przystojny. Jak Richard Chamberlain w serialu "Ptaki ciernistych krzewów", gdy grał romansującego księdza - zachwyca się Beata.
Wierny głosowi sumienia Magda. Nie wyobrażała sobie życia w kłamstwie, choć twierdzi, że Mateusza pokochała jak nikogo na świecie. - Nie mogę sobie wybaczyć, że tak się zaangażowałam w ten beznadziejny związek. Nawet w szkole chciałam ciągle być blisko niego. Mnie się wydawało, że nikt nic nie wie, ale po kątach już szeptali. Donieśli proboszczowi, że wikary Mateusz ma romans. Proboszcz na niego wsiadł, żeby się opanował, bo ludzie o nas mówią. Ale my nie potrafiliśmy się opanować. Przychodził do mnie po zmroku i wychodził przed świtem, żeby nikt nie widział. Jakieś dewotki jednak naskarżyły na nas. Po niedzielnej mszy proboszcz mnie zaczepił i zaczął poniżać, wyzywać od nierządnicy, która gubi duszę Mateusza. Oczywiście Mateusz - kapłan - nie mógł być winien. Popłakałam się i wyznałam, że się kochamy i żeby w takim razie Mateusz dokonał wyboru. Choć potwierdził, że jestem mu bardzo bliska, to zaczął przepraszać i stwierdził, że nie jest gotów na wystąpienie z Kościoła, że musi być wierny nie mnie, ale głosowi własnego sumienia, które tak mu podpowiada. Chyba się prze-straszył, pochodzi z małego miasteczka i rodzina nie darowałaby mu takiej zniewagi. A ja dla moich uczniów stałam się niechlubną bohaterką melodramatu i mimo uszczypliwych docinków i upokarzających uwag na spotkaniach z rodzicami musiałam dotrwać do końca roku szkolnego. Potem wyprowadziłam się do innego miasta.
Mateusza wysłali na misję do Afryki. Pisze listy, w których zapewnia o swoim oddaniu, ale mu nie odpowiadam. Strasznie mnie upokorzył. Na razie nie umiem mu wybaczyć. Moja wiara też przeżywa kryzys - mierzi mnie to całe zakłamanie i przymykanie oka na seksualność księży. Kościołowi jest tak wygodniej, bo inaczej musiałby się uporać z problemem prawa żon i dzieci księży do dziedziczenia. Ale najgorzej, że coś się we mnie wypaliło. Mam wrażenie, że już nigdy nikogo nie pokocham, nie zaufam - wyznaje Magda, dopijając piwo.