Seks do tablicy!

Anna Pogoda
A A A Drukuj
Woda z octem to skuteczna antykoncepcja - można usłyszeć na lekcjach wychowania do życia w rodzinie. Zdaniem Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton edukacja seksualna naszej młodzieży wygląda fatalnie. Czy jest szansa, aby to zmienić?

Fot. BSIP/LEMOINE
Mój trzynastoletni syn wrócił do domu z wypiekami na twarzy i na pytanie, co w szkole, nie odpowiedział, jak ma w zwyczaju: Nic ciekawego. Zamiast tego wykrzyczał: Ale się działo! Rzeczywiście... Mieli zajęcia z wychowania do życia w rodzinie (WDŻ) - pierwszy raz w historii jego szkolnej edukacji. Zajęcia prowadziła nieznana klasie osoba. - Najpierw zaczęła nawijać o narządach płciowych, jak są zbudowane - opowiadał syn. - Potem mówiła o pogotowiu antykoncepcyjnym i spiralach, tabletkach i kalendarzyku małżeńskim, aż w głowie wszystko wirowało. A teraz najlepsze! Wyjęła z torby banana, potem mocowała się z błyszczącą małą torebką i gdy wyciągnęła przezroczysty flak, powiedziała: to jest prezerwatywa. Do dzwonka męczyła się z nadmuchaniem i nałożeniem jej na banana. Klasa pokładała się ze śmiechu - podsumował zajęcia. Na moje pytanie, jakie będą następne zajęcia, odpowiedział, że pani się z nimi pożegnała, bo to była jednorazowa prezentacja.

BEZ TABU

Prezentacja, ale czego? Czy podczas jednej lekcji można w sposób rzetelny wyedukować seksualnie? Opowieść syna zasiała we mnie nie- pokój, bo choć nie mam nic przeciwko WDŻ w szkole, to jednak nie zgadzam się na taką ekspresową formę, w której nic się nie mówi o odpowiedzialności, uczuciach, profilaktyce, zagrożeniach, a wszystko sprowadza się do zapobiegania niechcianej ciąży.

Wyrażając zgodę na udział syna w lekcjach WDŻ, miałam nadzieję, że będą przypominały zajęcia, w których ja uczestniczyłam. Prowadziła je pedagog, dla której nie istniały tematy tabu. Na pierwszej lekcji rozdała karteczki i poprosiła, żebyśmy rozwinęli zdanie: "Kochać się to dla mnie...". Dziewczęta wrzucały swoje do jednego słoika, a chłopcy do drugiego. A ona odczytywała to, co napisałyśmy my, dziewczyny i porównywała z tym, co wyprodukowali chłopcy. Okazało się, że "dziewczyńskie" rozumienie miłości było romantyczne, pełne uniesień i wyznań, chłopakom zaś miłość kojarzyła się po prostu z seksem, pożądaniem. I po raz pierwszy tak naocznie przekonałam się, że my kobiety jesteśmy z Wenus, a oni, faceci, z Marsa. Takich lekcji w liceum mieliśmy sporo, rozmawialiśmy na nich o dojrzewaniu, odpowiedzialności, inicjacji seksualnej, rodzinie, chorobach przenoszonych drogą płciową (choć wtedy nie znano ich tak wiele), cyklach towarzyszących życiu kobiety, o antykoncepcji, a nawet, co wtedy było niezwykłe, o związkach homoseksualnych. Mieliśmy plansze z narządami rozrodczymi, oglądaliśmy film "Niemy krzyk", ale takiej "bananowej" prezentacji nie było. Może dzięki temu, że zajęcia prowadzono z wyczuciem, nigdy potem nie miałam problemu z rozmawianiem z moimi dziećmi, które przecież nie raz pytały, skąd się wzięły.

OBOWIĄZKOWO CZY Z WYBORU

Kwestia, czy edukacja seksualna jest potrzebna w szkołach, została rozstrzygnięta na szczeblu międzynarodowym m.in. podczas Światowej Konferencji na Rzecz Ludności i Rozwoju (Kair, 1994) oraz IV Światowej Konferencji na Rzecz Kobiet (Pekin, 1995). Polska uczestniczyła w obu konferencjach i zobowiązała się do realizowania ich postanowień. Według nich szkolna edukacja seksualna powinna być szczególnie wrażliwa na równość płci i tożsamość seksualną oraz ułatwiać zrozumienie płci przeciwnej.

Zagadnienia związane z edukacją seksualną w Polsce stały się przedmiotem troski powstałego w styczniu 2009 r. "Porozumienia na rzecz upowszechnienia edukacji seksualnej dzieci i młodzieży w polskiej szkole" podpisanego przez kilkanaście organizacji i takie autorytety jak seksuolodzy prof. Zbigniew Izdebski, prof. Zbigniew Lew-Starowicz. Apelują oni, by szkolna edukacja seksualna dzieci i młodzieży była obowiązkowa. Wydali miniprzewodnik, który wysłali do szkół. Chcą ośmielić nauczycieli do prowadzenia lekcji na ten temat i rozwiać obawy rodziców. Na nurtujące rodziców pytanie: "Czy edukacja seksualna przyspiesza inicjację"? przewodnik odpowiada: "Według badań Światowej Organizacji Zdrowia, właśnie inicjację seksualną opóźnia (...). To szkoła kształtuje postawy dzieci i młodzieży. Może wywrzeć pozytywny wpływ na relacje między ludźmi, na zbyt wczesne rodzicielstwo, zakażenie chorobami przenoszonymi drogą płciową, przemoc seksualną".

Może taki pozytywny wpływ wywrzeć, ale czy dziś go wywiera? „Nauczycielka czerwieniła się przy każdym słowie »seks «, a gdy kole ga spytał o prezerwatywę, wyprosiła go z klasy” - wspomina siedemnastolatek z Podkarpacia w liście do Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton (www.ponton.org.pl), do której ze wstydliwymi problemami i pytaniami może zgłosić się każdy. Od lutego do maja 2009 r. edukatorzy zbierali informacje na temat doświadczeń młodzieży z edukacją seksualną w szkołach. Na podstawie ponad 600 maili od uczniów z całego kraju stworzyli raport „Jak naprawdę wygląda edukacja seksualna w Polsce?”. Wygląda tragicznie. Prawie 40 proc. uczniów przyznało, że w ich szkołach zajęcia z WDŻ w ogóle się nie odbywały. Tylko nieco więcej niż 2 proc. deklaruje, że miało edukację seksualną na wszystkich poziomach nauczania.

Od września 2009 r. wprowadzono obowiązek zajęć WDŻ od V klasy szkoły podstawowej aż do ma- tury. Warunkowy, bo rodzice mogą dziecko wypisać z takich zajęć. Uczeń pełnoletni decyduje sam. Tam, gdzie zajęcia się odbywają, często brak kompetentnych nauczycieli. Lekcje prowadzą katecheci (24 proc. odpowiedzi), nauczyciele biologii, wiedzy o społeczeństwie, poloniści. Często zamiast obiektywnej wiedzy o seksie serwują uczniom "własne mądrości", np., że jedną z metod antykon- cepcji jest kąpiel w wodzie z octem "która wypłucze i zabije plemniki".

DEZINFORMACJA ZAMIAST EDUKACJI

W jednym z liceów nauczycielka opowiadała „o kalendarzyku i o tym, że prezerwatywy nie są skuteczną metodą, bo kondom może tak uciskać na podstawę penisa, że spowoduje to odcięcie dopływu krwi i może doprowadzić do trwałej impotencji”. Inny uczeń relacjonował: „Lekcje prowadziła kobieta, która czytała nam »Gościa niedzielnego « i twierdziła, że jak dziewczynę zgwałcą, to jej wina i należy na nią nałożyć ekskomunikę”. Kolejny przykład: „Nauczycielka biologii w liceum narządy kobiece nazywała słoninką, a męskie kiełbaską, stwierdziła, że na pewno wszystko już wiemy od rodziców. Inna tłumaczyła, że tamponów nie można używać, bo przyrastają do pochwy”.

Jak wynika z raportu Pontonu, lekcje (w roku szkolnym powinno być ich co najmniej 15) odbywają się niesystematycznie, bywa, że czas na nie przeznaczony wykorzystuje się np. na kurs pielęgnacji paznokci lub dekorowania wnętrz. Z raportu dowiadujemy się też, że zajęcia często poświęcone są na nadrabianie zaległości z innych przedmiotów. Według orzeczenia Trybunału Praw Człowieka niedopuszczalne jest też rozwiązanie zastosowane przez MEN, zgodnie z którym nauczyciel ma prawo wyboru programu odpowiadającego własnemu światopoglądowi. Nadrzędne jest bowiem prawo dziecka do edukacji wolnej od indoktrynacji oraz prawo rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. MEN uważa, że organizacja zajęć to sprawa dyrektorów szkół i nie ma nadzoru nad tym, kto i w jaki sposób je prowadzi.

Edukatorzy z Pontonu zwracali również uwagę na brak podręczników. Podobno dobre podręczniki są, ale nie mogą uzyskać aprobaty ministerstwa. W podręczniku dla szkoły podstawowej "Wędrując ku dorosłości", o seksie jest jedno zdanie i to wyłącznie w aspekcie zapłodnienia, które "dokonuje się w wyniku aktu seksualnego, w czasie którego plemniki mężczyzny zostają złożone w pochwie kobiety". Autorzy są przekonani, że uczniów nurtują jedynie problemy natury higienicznej, odpowiadają więc w podręczniku, na skądinąd ważne pytania: "Jak często trzeba zmieniać podpaski? Czy to prawda, że w czasie miesiączki nie wolno się kąpać w wannie? Dlaczego należy odsuwać napletek przy myciu?"

NIE TYLKO FIZJOLOGIA

Trzy czwarte Polaków chce edukacji seksualnej w szkole. Ale tylko jedna czwarta, żeby były to zajęcia obowiązkowe. - Jest duże społeczne przyzwolenie na edukację seksualną w szkołach - zauważa prof. Zbigniew Izdebski - ale z drugiej strony jest obawa, czy tego przedmiotu będzie uczyła odpowiednio przygotowana osoba.

Czego szkoła na takich zajęciach powinna uczyć? Przede wszystkim tego, jak uchronić się przed nieplanowaną ciążą - tego by chciało 59 proc. badanych. Niemal tyle samo postuluje wpajanie w szkole szacunku dla płci przeciwnej oraz nauczanie o chorobach przenoszonych drogą płciową. Niespełna połowa badanych uważa, że powinno się również uczyć, jak budować trwałe związki. Należę do tej połowy. Uważam, że czysto fizjologiczne podejście jest szkodliwe, bo daje dzieciom niepełny obraz, pozbawia je tak ważnej sfery uczuciowej. Dlatego na pewno nie chciałabym, żeby mój syn uczył się wyłącznie, jak zakładać prezerwatywę. Czemu ma służyć taki instruktaż? - zamierzam zapytać dyrektora jego gimnazjum, bo my rodzice mamy prawo wiedzieć, jak wygląda edukacja seksualna naszych dzieci w szkołach i kto ją prowadzi.



Dr Krzysztof Wąż, Wydział Pedagogiki, Socjologii i Nauk o Zdrowiu, Uniwersytet Zielonogórski

Aby ukształtować bądź wzmocnić odpowiedzialne postawy wobec prokreacji został w 2004 r. wdrożony eksperymentalnie program wykorzystujący w edukacji młodzieży symulator opieki nad niemowlęciem (lalka z wbudowanym komputerem - przyp. red.). Pomysł ten narodził się w USA kilkanaście lat temu. Chodziło o to, żeby doświadczając opieki nad dzieckiem, kształtować odpowiedzialne postawy wobec seksu, prokreacji i rodzicielstwa. Zainteresowało się nim również nasze Ministerstwo Edukacji Narodowej. Zespół pod kierunkiem prof. Zbigniewa Izdebskiego stworzył podobny program dostosowany do polskich uwarunkowań kulturowych i światopoglądowych. W przeciwieństwie do amerykańskiego, polski program miał uczyć odpowiedzialności, a nie straszyć, jak wyczerpująca może być opieka nad niemowlęciem. Zakładaliśmy też współpracę z rodzicami uczniów, 16-latków. Mieli oni najpierw 10 godzin zajęć dydaktycznych w szkole, a potem na dwie doby, od piątku do niedzieli, otrzymywali symulator, którym musieli się opiekować w dzień i w nocy. Sygnalizował on nie tylko takie potrzeby niemowlęce jak głód, konieczność przebrania, ale też czasem "płakał" bez powodu. W 2004 r. udało się wprowadzić ten program w 24 szkołach. Przeprowadziliśmy badania - zarówno uczniowie, nauczyciele, jak i rodzice ocenili go pozytywnie. W 2005 r. udało się rozszerzyć program na kolejne 88 szkół. Program skłonił do próby odpowiedzi na pytania: czy chcę mieć dzieci, ile, kiedy, dlaczego. Choć nie było w nim nic, co dosłownie dotyczyło aktywności seksualnej, uczniowie w komentarzach nawiązywali do niej w otwarty sposób. Na przykład mówili: "Trzeba sobie na razie dać z tym (seksem - przyp. red.) spokój, to za duża odpowiedzialność" lub "trzeba się zabezpieczać". Nie ma innego programu edukacji seksualnej, który by w tak dosłowny sposób był kierowany do całych rodzin.



Lidia Klempis, nauczycielka biologii, prezes Fundacji Wiedzieć Jak

W USA od 20 lat powstają programy wychowania do abstynencji seksualnej. Postanowiłam ściągnąć do Polski amerykańskich koordynatorów tych programów. Wystąpili na konferencji "Systemy wychowawcze a seksualność młodzieży" w 2005 r. Po niej, z grupą współpracowników przetłumaczyliśmy program z Luizjany (ponadreligijny, o obiecującej skuteczności), i postanowiliśmy dostosować go do polskich warunków i zarejestrować materiały w MEN, pozyskać fundusze na szkolenia nauczycieli. W lipcu 2009 r. przeszkoliliśmy 30, teraz szkolimy następnych. Program jest dla młodzieży od II klasy gimnazjum. Ma 4 filary: nauka komunikacji, asertywności, wyznaczanie celów życiowych, zagrożenia powodowane przez ryzykowne zachowania. Nie zmuszamy do abstynencji seksualnej, ale młodzież musi mieć świadomość, jakie są skutki chorób przenoszonych drogą płciową, jakie są konsekwencje współżycia płciowego. Chcemy uczyć odpowiedzialności, świadomego decydowania o własnym życiu, nieulegania presji środowiska. Prowadzę zajęcia w liceum i wiem, że jeżeli uczniów traktuje się z szacunkiem - odpowiadam na wszystkie, nawet głupie, pytania - to nie wyśmiewają tego, co im się proponuje, nie lekceważą. Otwierają się, jest dyskusja. Chciałabym, żeby program pomógł młodzieży dokonywać właściwych wyborów i unikać błędów (np. niechcianych ciąż).

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Komentuj, dodawaj zdjęcia i znajomych!

Tłusty Czwartek

Zgodnie z tradycją, tego dnia można objadać się do woli.