Przemierzyć Tunezję

Jerzy Pawleta
A A A Drukuj
Leniwie sączyliśmy miętową herbatkę. Z pobliskiego minaretu dobiegło nas wołanie muezina. Odpowiedziało mu kolejne z innego minaretu. I kolejne, i kolejne... Wypełniły całą medynę...

Fot. Sergey Yakovlev
ZOBACZ TAKŻE
Naszą bazą było Sousse, portowe miasto z piękną medyną - starą arabską częścią (na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO). Wałęsając się od wschodu słońca po jej zakamarkach, sprawdzałem odporność mieszkańców na natręctwo fotografa. Nie było tak źle, jak mnie straszono. Uliczny przewodnik za oprowadzanie po zaułkach, łaźni tureckiej i wprowadzenie do meczetu wziął po krótkim targu 1,5 dinara i... firmowy długopis z polskiego hotelu. Mimo kilku porażek coraz częściej ignorowałem bojkot dziewcząt, widząc uśmiech w ich oczach. To się setnie opłaciło. Wmieszała się wyraźnie rozbawiona matka jednej z nich, zapraszając mnie do domu.

BUDYŃ MAHOMETA

Zostałem oprowadzony po maleńkim domostwie bez zewnętrznych okien, wciśniętym między setki podobnych. Pod rozwieszonym w całym patio praniem stał nieduży stół i trzy krzesła. Na jednym z nich zostałem posadzony i poczęstowany wyjątkową potrawą, przygotowywaną na urodziny Mahometa. Był to dwukolorowy budyń z mnóstwem orzechów, bakalii oraz nasion sosny. Rozmowa nie bardzo się kleiła, ale na szczęście Nadia pamiętała ze szkoły parę słów angielskich, i tak udało się ustalić nazwę tego smakołyku - asida zgougou.

Po tak rozpoczętym przedpołudniu zwiedzanie Wielkiego Meczetu (tylko dziedziniec, zakaz wstępu do sal modlitewnych), obronnego klasztoru Ribatu i innych atrakcji starego miasta musiało zakończyć się słodką miętową herbatą na dachu jednej z kafejek z boskim widokiem na medynę, port i Morze Śródziemne. Temperatura nieco powyżej 20°C, lekki wiaterek od morza...

KOLOSEUM I BARANIE ŁBY

Autokar czekał przed hotelem o 7 rano. Pierwszy przystanek - El Jem, gdzie zwiedzamy ruiny rzymskiego Koloseum. Obecnie miasteczko liczy tylko 5 tys. mieszkańców, ale w czasach świetności w III w. miało ich ok. 100 tys.

Jedziemy dalej, wygodnie, bo Tunezja dorobiła się już autostrady przecinającej cały kraj (oprócz Sahary) z północy na południe. Przy drodze stoją małe rzeźnie, w których można zjeść barana z grilla. Widok makabryczny: świeżo zabite barany wiszą bez głów przy samej szosie, rzeźnik wyciera ściekającą krew z kafelkowej posadzki. Głowy luzem stoją na stole pod ścianą...

Kilometrami, hen, aż po horyzont, ciągną się gaje oliwne. Tunezja jest potentatem w produkcji oliwy, a pyszne zielone i czarne oliwki dodawane są niemal do każdego posiłku.

BRAMA PUSTYNI

Bierzemy kierunek na góry Matmata i wydrążone w ziemi domy Berberów wypchniętych przez kolejnych najeźdźców w niedostępne, jałowe tereny. Władze Tunezji postanowiły im pomóc i wybudowały osiedle zwane Nową Matmatą, do którego kazały przenieść się "jaskiniowcom". Uszczęśliwienie na siłę oczywiście się nie powiodło, część tubylców wróciła do podziemnych domostw, bo w nich latem jest chłodno, a zimą ciepło (w blokowisku odwrotnie), i dalej żyje jak przed setkami lat. Niektórzy zrobili ze swych siedzib atrakcję turystyczną i czerpią niezłe zyski, o czym świadczą wystające gdzieniegdzie spod ziemi anteny satelitarne. Ale miejsce jest na tyle atrakcyjne, że George Lucas wybrał je na plener do filmu "Gwiezdne wojny". Elementy filmowej dekoracji zdobią "podziemny" hotel Sidi Driss w starej Matmacie.

Z Matmaty jedziemy do Douz - "bramy pustyni". Czeka na nas karawana wielbłądów. Przed nami niekończące się piaski Sahary z palmami na jej skraju. Wsiadamy na wielbłądy, niektórzy ze strachem trzymają się kurczowo siodełka. Na jednej z wydm pojawia się na pięknym koniu malowniczy Tuareg. Oczywiście robię mu zdjęcie (2 dinary).

Po niecałej półgodzinie docieramy do miejsca postoju. Robimy zdjęcia, bierzemy do butelki piasek z Sahary i podziwiamy bezkresny krajobraz. Nagle pojawia się kolejny Tuareg. Oczywiście robię mu zdjęcie, chce dwa dinary, mówię - OK, ale ja na koniu. Podsadza mnie i wskakuje za mną na konia. Ruszamy galopem w pustynię. Tuareg się śmieje, piach wiruje w powietrzu. Robimy pętlę i wracamy do obozowiska. Kolejne zdjęcia i... 5 dinarów. Drogo jak na tutejsze warunki, ale jak tu się targować z takim zawadiaką! Po takiej dawce atrakcji malowniczy hotelik z kąpielą w basenie to prawdziwa rozkosz.

DAKTYLOWY RAJ

Pobudka w środku nocy, wyjazd o piątej. Wszystko po to, by powitać wstające nad wielkim słonym jeziorem Chott el Jerid zamglone słońce. Miejsce jest magiczne, pełne niebywałych kolorów chmur, powietrza, wody stojącej w kanałach przy grobli przecinającej jezioro od stuleci. Kolory podkreślają kopczyki białej soli rozsiane nad kanałami, a całość od północy zamyka pasmo gór Atlas.

Za Chott el Jerid, w Tozeur, zwiedzamy wielką naturalną oazę pełną palm daktylowych. Obok oazy czekają już landcruisery, które zabierają nas do wiosek Chebika i Tamerza w górach Atlas. To górskie oazy z podziemny- mi źródłami i wodospadami; ten większy, zwany grande, ma może 3 metry. Niemniej okolica przepiękna, z malowniczymi przejściami urwistymi wąwozami. Czekają tu na nas sprzedawcy talizmanów, żywych jaszczurek i miętowej herbaty. O tym, że w tych stronach przybywa Polaków, świadczą napisy "herbata miętowa" oraz zawołania tubylców: "dobra, dobra zupa z bobra".

MECZET I STAROŻYTNE SPA

Jeszcze tylko spotkanie ze stadem wielbłądów maje- statycznie przechodzących przez drogę i wsiadamy znów do autokaru, który wiezie nas do Kairouanu. Obchody urodzin Mahometa przyciągnęły tu tłumy wiernych. Pani przewodnik zaprosiła nas więc do zaprzyjaźnionego sklepiku z dywanami... Być w Kairouanie i nie zobaczyć z bliska Wielkiego Meczetu z VII w.? Urwaliśmy się, by pospacerować wzdłuż potężnych murów, wtopić się w tłum wiernych i w końcu wejść na dach sklepu z dywanami, skąd znakomicie było widać cały meczet i jego piękny dziedziniec wraz z wiernymi.

Wybraliśmy się też na jednodniową wycieczkę do Tunisu przez Kartaginę. Zwiedzanie ruin sławnego, niegdyś potężnego miasta położonego nad turkusową Zatoką Tuniską było ucztą dla ducha. Natomiast dla dawnych Fenicjan ucztą i dla ducha, i dla ciała były odwiedzone przez nas Termy Antonina. Takie starożytne spa, w którym oprócz łaźni znajdowały się biblioteki, miejsca do wygrzewania się i wypoczynku, odbywały się koncerty czy wykłady o sztuce i filozofii.

MEKKA ARTYSTÓW

W malowniczej wiosce Sidi Bou Said gościli Paul Klee, Wasyl Kandinsky, Henri Matisse. Białe domy zawieszone na klifie nad zatoką, niebieskie okiennice i drzwi, wąskie uliczki pełne kolorowych kramów z pamiątkami, sztalugi z obrazami miejscowych artystów nawiązujących do malarstwa uznanych mistrzów. Tu warto wypić miętową herbatę czy mocną kawę na tarasie Cafe Sidi Chabanne, gdzie podobno bywali artyści (nie zauważyłem żadnego śladu po nich). Roztacza się stąd wspaniały widok na całą zatokę i maleńki port jachtowy u podnóża klifu. Dobre miejsce, by pożegnać Tunezję przed udaniem się na ostatnie zakupy do gwarnego Tunisu.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Prowiant na piknik: tortille, kanapki, słone wypieki, mięsa na zimno.

118 prostych i pysznych przepisów z Poradnikiem Domowym (wersja w cenie 4,99zł)





Polub nas na Facebooku